Heineken Open’er Festival 2008

|July 19, 2008|koncerty|1

Nie da się stworzyć ogólnego podsumowania gdyńskiego festiwalu. Po pierwsze – line-up rozrzucony po wszystkich możliwych stylach muzycznych. Po drugie – subiektywne wrażenia, które są na tyle urozmaicone, że najlepiej przemówią relacje z poszczególnych wybranych występów. Odnotować trzeba jednak kilka faktów istotnych.

Festiwal nadal się rozrasta, co nie koniecznie musi iść w parze z progresem jakościowym imprezy. W tym roku mieliśmy już 7 scen! (godne pochwały pomysły to world stage i alter space, oraz kontynuacja idei young talents stage dla małych talentów:). Jednak kumulacja tylu źródeł dźwięku na otwartej przestrzeni gdyńskiego lotniska odbija się negatywnie na odbiorze koncertów. Ale na to rady chyba nie ma. Brawo natomiast dla organizatorów za otwarcie się na inne formy sztuki alternatywnej – odprojekcji animacji po elektroniczne eksperymenty muzyczne we wspomnianej wyżej świątyni ‘alter space. Pomysł zdecydowanie do rozwinięcia na przyszłość. Nowością była także dobra pogoda i brak morza błota wkoło, bo piwo jak zwykle podłe… Ale po kolei…

Editors, 04.07.2008 [michał smolicki]

Pierwszy z koncertów na dużej scenie jaki miałem okazję zobaczyć i pierwsze rozczarowanie. Co prawda nie oczekiwałem niczego wielkiego, ale od zespołu całkiem już znanego i anonsowanego na gwiazdę festiwalu należy wymagać przynajmniej interesującego show. Występ Brytyjczyków był natomiast bezbarwny i zupełnie nie wciągający. Poczynając od słabego nagłośnienia (zespół gitarowy z niesłyszalną gitarą?!) na miałkim materiale, jakim uraczyli słuchaczy na swojej drugiej płycie kończąc.

Perełkami ratującymi nieco występ były niewątpliwie utwory z niezłego debiutu: ‘Blood’, ‘Munich’, czy ‘All Sparks’, ale zaśpiewane jakoś tak od niechcenia. Poczesu nie było, mogłem zostać pokopać w zośke z przyjaciółmi. Swoją drogą ciekawi mnie intencja organizatorów, ściągających na festiwal zespoły uważane za bliźniacze muzycznie (mowa oczywiście o Interpolu i Editors), choć koncert utwierdził mnie w przekonaniu że tym drugim bliżej w tej chwili do Coldplay, niż post-joy-division’owych klimatów…

Po koncercie Editorsów pobiegłem na chwilę pod scenę w namiocie, gdzie zaczęła grać inna brytyjska ‘rewelacja’ – The Cribs. Mina zrzedła mi jeszcze bardziej. Festiwal nie zaczął się dobrze…

The Raconteurs, 04.07.2008 [michał smolicki]

Zniesmaczony słabym piwem i tego wieczora nienajwyższych lotów nutą, udałem się ponownie pod główną scenę. Nie liczyłem specjalnie na ten występ, choć ceniłem sobię pierwszą płytę nowego projektu Jacka White’a. Jednak po wysłuchaniu kilku pierwszych kompozycji podczas gdyńskiego koncertu Raconteurs, humor poprawił mi się zdecydowanie. Grupa brzmiąca jakjakaś ‘największa legenda rocka ever’ zabrzmiała imponująco! Nie muszę wspominać o ciekawej barwie głosu wokalisty White Stripes, ale warto docenić całą bandę świetnych instrumentalistów, grających z dużym zaangażowaniem. Sama muzyka nasuwa automatyczne skojarzenia z potęgami pokroju Led Zeppelin, Deep Purple czy Uriah Heep, jednak w wykonaniu Raconteurs w zdecydowanie uwspółcześnionym stylu.

Sam set także skomponowany był świetnie – dominowały kompozycje z najnowszej płyty (kapitalnie wypadł choćby ‘The switch and the spur’), ale oczywiście nie zabrakło szlagierów – ‘Steady as she goes’ czy ‘Broken boy soldier’. Muzyka bardzo ograna, bardzo ‘klasyczna’, ale jakże dobrze się jej słucha, a nawet przy niej bawi. Grupa uratowała pierwszy openerowy wieczór. Mało tego, według mnie dali jeden z lepszych koncertów całego festiwalu. Szacunek.

Interpol, 05.07.2008 [michał wojtas]

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się wiele po tym koncercie. Gdy ktoś z moich znajomych w rozmowie nieopatrzniezejdzie na temat Interpola, wymiana kilku zdań kończy się zwykle zgodną konkluzją, że oni już niczego nowego nie wymyślą i że powinni zakończyć działalność, poświęcić się ciekawszym projektom. Wysłuchaliśmy już muzyki z dwóch albumów bardzo podobnych do wspaniałego debiutu i jesteśmy przekonani że na kolejny może nam już być szkoda czasu.

Koncert na Babich Dołach pokazał, że nawet mimo tej smutnej etykietki wypalonego zespołu, Interpol wciąż jest wart posłuchania. Nie było fajerwerków ale grając mieszankę hitów ze swoich trzech albumów, nowojorski kwartet zabrzmiał po prostu solidnie i profesjonalnie (z wyjątkiem problemów ze sprzętem). Ich niektóre piosenki, szczególnie te z „Turn on the Bright Lights” nadal brzmią świetnie. A na scenie porównanie Interpola z Editors wypadło na pewno na korzyść tych pierwszych.

Cocorosie, 05.07.2008 [małgorzata grygierczyk]

Jakimś cudownym sposobem, na fali euforii jaką wzbudziły już pierwsze dźwięki z tęczowego music box’u,dopłynęłam niemal do brzegu sceny, na którą chwilę wcześniej wskoczyły dziewczyny z Cocorosie i ich wesoła świta. Ścisk, pisk i podglądanie eklektycznych wcieleń każdej z sióstr, które można interpretować w dowolny sposób, pod różnym kątem- w zależności od wygięć i póz które przybierały siostry ; Sierra- po części Myszka Miki i Bianka -taka Tina Turner z czasów Mad Maxa. Utwór po utworze wybuchał jak seria fajerwerków. Moc wokali docierających do granic odchyleń, wplecionych w foniczne kolaże zadziwiały lekkością wydobycia, a przyjaciel Tez czarował składanką beatbox’ów. Byłotanecznie, energią kipiało. Koncert w Gdyni to także wybuchowe brzmienie nadchodzącej, nowej płyty, która zapowiada kontynuację mikstury freak folku z wyraźnym, tanecznym beatem ( a propos- siostry pokazały jak się powinno
tańczyć!).

A gdyby ktoś miał mylne wrażenie kokieteryjnych intencji tej kolorowej maskarady , już na początku mógł usłyszeć odpowiedź: ” You wanna fuck me, I already know”- i to się siostrom nie podoba, i będą o tym głośno mówić. Przez mikrofon. Bo siostry epatujące stylem przedszkolaków nie są banalne wcale a wcale. “We are rainbow warriors” wyśpiewują obrończynie różnorodności, wszelkich emocjonalnych ekspresji i szeroko pojmowanej wolności!Wielowymiarowość fenomenu Cocorosie zasługuje na niejedną notkę na łamach tapczan.info, bo ta siostrzana zależność Coco od Rosie to wielowątkowa historia o radości, wierze, smutku, miłości, bólu, tolerancji … widziana przez pryzmat kalejdoskopowego szkiełka.

Jay-Z, 05.07.2008 [maciek kozłowski]

Jay Z jest najlepszy.

Miałem opory przed napisaniem tego zdania. Przyznaję. Musiałem się przeprosić z Massive Attack i Coco Rosie. “Kingdom has come”. Tytuł, który świetnie pasuje do występu nowojorskiego rapera. Potencjał dużej sceny wykorzystany w maximum, niewielu gwiazdom udała się ta sztuka (Czy ktoś wie dlaczego Interpol nie grał na scenie młodych talentów?). Amerykańska szkoła. Perfekcyjnie dopracowany scenariusz. Dużo fajerwerków, dużo energii, niewiele czasu na oddech. Pełne brzmienie żywego składu doborowych muzyków plus znane z płyt podkłady. Jak tu nie ulec takiej miksturze.

Jeśli chodzi o tracklistę, jedynymi zaskoczeniami mogły być cytaty z Amy Winehouse i Punjabi MC. “Umbrella” Rihanny była raczej spodziewana. Gdybym miał na koncie współpracę przy takiej perełce też bym się chwalił na każdych imieninach u cioci. A Jay lubi się chwalić. Ma czym. Widać że Shawn Corey Carter woli szeroko pokłonić sie przed fanami zamiast udawać, żeblisko mu do awangardy i ciągłych ucieczek od raz przyswojonych przez publiczność melodii. Świadomy mainstreamowiec. Było “CanI Get A”, “Show Me What You Got”, “Big Pimpin”, “Hard Knock Life”. Nie sposób było ustać w tańcu. God bless America and blackmusic.

Sex Pistols, 05.06.2008 [małgorzata grygierczyk]

Nie wiem do czego się przyznać.. do tego, że nigdy nie słuchałam Sex Pistols czy do tego, że byłam na ich koncercie… ? i to w pierwszym rzędzie z mostkiem wgniecionym w barierkę.Zanosiło się.. “one two, one two, two, two ” powtarzane jak mantra jak i pieszczotliwe rozkładanie świeżutkich różowych ręczników hipnotyzowało ściśniętą publikę.. to trwało… i zanosiło się. HOW ARE YOUU POUŁLAND? Zapytał pogodny Pan z kolczykami. Pisk i ścisk. Piszę krótko.

Miałam wrażenie jakby bezkompromisowy punk poślizgnął się na skórce od banana, bo to przecież, wszyscy widzą- już nie ta gibkość. Bo to przecież żywa parodia. Takie tam ostentacyjne smarkanie czy plucie na ochroniarza który dzielnie wyławiał entuzjastów i tych co poczuli, że tak, już dosyć, to boli. Obserwowałam, obserwowałam i jak już dostałam butem w czoło, poprosiłam tego właśnie oplutego ochroniarza o wyciągnięcie mnie spośród chaosu łokci lewych- z napisem “PISTOLS” jak i tych z “SEX”- prawych. Ostatnie spojrzenie na dziką publikę i ulga.

Dzień kolejny- liczenie siniaków podczas plażowania i palenie papierosów zgniecionych na koncercie Sex Pistols. Punkowe?

Eykah Badu, 05.06.2008 [maciek pietrzyk]

Gwiazda neo-soulu kazała na siebie „odrobinę” czekać. Na, tyle że wymęczeni uczestnicy festiwalu łakomie zerkali w stronę strefy vipów, gdzie wisiały samotne hamaki, kusząco powiewające na lotniskowym wietrzyku. Ja też ten kuszący szelest słyszałem. Ale dla babki, która zgarnęła 4 nagrody Grammy, warto było pozostać niewzruszonym. Wreszcie Erykah w niebieskiej kiecy, uwieńczonej beretem na 7 kilo jabłek, wstąpiła na scenę i szelest hamaków ustał. „ Good Morning!” – wykrzyczała do publiczności Badu, po 40 minutach stania i czekania o 2 w nocy – zabrzmiało to bardzo odważnie.

Jednak po wysłuchaniu pierwszego numeru, pełnego energii, muzyki, tańca i Jej głosu. – wybaczyłem Jej i prosiłem o wybaczenie. Pokaźny skład zespołu mnie nie zaskoczył, ma nosa do muzyków. Swoboda sceniczna, ciekawe aranżacje, dużo zabawy z brzmieniem, radość z grania. Mając takie plecy można wyczarować wspaniały koncert i Badu bez wątpienia to zrobiła. Niezabrakło szlagierów z pierwszej płyty „Baduism” czy „Mamas’Gun” , ale zagranych inaczej, które nie były skostniałymi, zamkniętymi numerami, ale areną nieustannych zabaw Badu i jej składu. Bo z tego Erykach także słynie – że nigdy nie oderżnie po sznurku numerów z płyty – chwała Jej za to.

„Jej każdy występ do spektakl” – już wiem, co to znaczy. Scena, co jakiś czas gasła, wsparta krótkim motywem dźwiękowym, cośjakby otwarcie luku bagażowego na Star Treku. Światła i kolory rytmicznie wspierały muzykę i kolejne muzyczne odsłony potencjału artystki. Cieszyła ta oprawa sceniczna oko, ale po tym, co zrobił Jay-z był to miły całus, po pełnym akcie. Żonglerka motywami, melodiami, zaskakujące przejścia i zmiany rytmów. Bez wątpienia koncert miał zaaranżowany piosenkowy parkiet, jednak na nim już, swobodnie tańczyła Badu i cały jej skład. „Teatr się z tego robi, nie? „ – Można usłyszeć oglądając amatorskie filmiki na You Tube. Badu miała aktorskie epizody, zatem jest asumpt do podnoszenia jakości całego widowiska, bardzo udanego. Pora jednak robiła swoje i mimo że Erykah, co jakiś czas wołała ze sceny do publiczności, „Poland!” ( białooo – czerwoniiiii !) znów usłyszałem te hamaki. Jakkolwiek nie można koncertowi odmówić wyjątkowości, o 3 w nocy neo-soul, czy kojący R&B, zwłaszcza tak udany, działa jak valium. Co jakiś czas beret Badu spadał z Jej głowy. Jemu też pewnie chciało się spać.

Martina Topley-Bird, 06.07.2008 [michał wojtas]

To trochę dziwne ale chyba właśnie ten koncert zapamiętam najlepiej z całego festiwalu – mimo że właścicielka tego wspaniałego głosu nie należała do największych gwiazd, którymi reklamowano imprezę. Martinę Topley Bird pamiętam oczywiście z czasów gdy tworzyła brudną atmosferę płyt Tricky’ego niemal na równi z nim. Od tamtego czasu straciłem ją jednak z uszu i bardzo się ucieszyłem gdy zobaczyłem ją w programie Openera. Brytyjska wokalistka wyszła na tak zwany World Stage w towarzystwie czterech muzyków grających na: perkusji, gitarze, basie i Hammondzie. Wszyscy byli przebrani w czarne kostiumy ninjów, natomiast sama Martina – w różową sukienkę z babcinej szafy. Szybko udało jej się nawiązać kontakt z publicznością, która wybijała potem rytm prawie każdego kawałka.

O jej muzyce mogę powiedzieć, że łączy w sobie soul, mroczny triphop i klasycznego rocka. Jest bezpretensjonalna, ciepła, w żadnym wypadku nie smutna, choć zawiera pewną dawkę melancholii. Tak właśnie zaprezentowali się Martina i jej zespół podczas gdyńskiego festiwalu. Nad tymi wszystkimi przymiotnikami górował jej piękny głos, który doskonale potrafi wykorzystać– jak na profesjonalistkę przystało.

Posłuchajcie wydanego w tym roku albumu „The Blue God” lub „Quixotic” sprzed pięciu lat – na pewno wpadnie wam to w ucho.

Massive Attack, 06.07.2008 [łukasz lembas]

Massive Attack, bez wątpienia jeden z jaśniejszych punktów tegorocznego festiwalu, zwanego dalej Open’er.

Ostatni dzień festiwalu, główna scena po zmroku, Massive Attack na scenie, pierwsze dźwięki, na plecach występują ciarki, na czole pojawiają się pierwsze krople potu, wynikające z temperatury, wilgotności powietrza, tłumu ludzi obok mnie, jednak głównym „winowajcą” tego stanu jest grupa z Bristolu. Trzeba przyznać, brzmią sobie zupełnie potężnie, cały drżę, czuje każdy dźwięk na sobie i w sobie, powietrze tez drga, trochę wibruje, wszystko składa się w jedna spójną całość. Swobodnie się przechodzę w stan STANDBY, i słucham i słucham i trochę czuje się pozytywnie zawiedzony, gdyż nie sądziłem, że dam się pochłonąć. Przyznaje, skreśliłem ich przedwcześnie, sądząc, ze powiedzieli już wszystko na swoim masywnym, muzycznym poletku.

Mój błąd naturalnie, oby więcej takich. Zagrali dużo nowego materiału, z płyty, która lada moment się ukaże, co pobudziło na nią apetyt w stopniu kompletnym, było tez to, dzięki czemu Masywny Atak przybrał formę frontalnego, czyli m.in. Angel, Teardrop. Doskonale dobrane, nieprzesadzone użycie formy wizualnej, ograniczonej do filozoficznych, pro społecznych cytatów, czy tez nagłówków z polskich gazet (sic!), co notabene doskonale konweniowało z przekazem oferowanym brytyjską formację.

Massive Attack mogło być doskonałym epilogiem średnio udanego, jako całość, spędu Yuppie’s, niestety, po nich grali jeszcze Chemical Brothers…

Ścianka, 06.07.08 [jacek smolicki]

Ostatnim razem na występie Ścianki byłem podczas zeszłorocznego Off Festivalu. Koncertu wysłuchałem, żadnego kawałka nie zapomniałem… Jakkolwiek Ścianka nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu oddziaływania na słuchacza. Mysłowicki szoł Trójmieszczan nie był majstersztykiem, ze względu na gabaryt sceny, który przerósł jednak co jak co ale kameralny charakter ich wypowiedzi.

Tymbardziej ucieszyłem się, że Ściankę na Openerze zobaczę w przestrzeni zamnkniętej.Scena w namiocie, choć dosyć spora, w porównaniu z gigantyzmem sceny głównej, dawała namiastkę quasi-intymnych warunków odbioru. Godzina rozpoczęcia koncertu zahaczyła o trwający występ Massive Attack, dlatego też liczba przybyłych nie była wielce imponująca.Spóżniony, jak przypuszczam większość widzów, przystąpiłem do odbioru.

Większość z zaprezentowanego materiału pochodziła z ostatniego długogrającego albumu Ścianki „Pan Planeta”. Panowie z minuty na minutę rozkręcali się, podgrzewając atmosferę do czerwoności,jak choćby w przypadku ‘Głowy czerwonego byka’. Tego wieczoru,trzej panowie muzycy oraz okoliczności sceniczno wizualizacyjne zjednoczyły się stwarzając niesamowity spektakl. Wspomniane wizualizacje niezwykle trafnie wzbogaciły smak mikstury przyrządzanej przez ściankowców. Z minuty na minutę, muzyka zespołu stawała się bardziej ekspresywna i wciągająca. Jedynym mankamentem, który zwrócił moją uwagę, był brak odpowiedniego nagłośnienia basu Michała Bieli. Jego sceniczny pląs do wygrywanych partii mógłby być zdecydowanie bardziej porywający w odbiorze, gdyby owe partie było wyraźniej słychać. To samo tyczy się wokalu Macieja Cieślaka, który niestety ginął często niezauważalny w mimo wszystko wybitnym zgiełku.

Podsumowując, koncert jak najbardziej na plus. Znakomity klimat i wrażenia, składają się na kolejny argument, który pozwala mi uważać Ściankę za ciągle jeden z najbardziej kreatywnych i bezkompromisowych zespołów w Polsce.

Chemical Brothers, 06.07.2008 [maciek pietrzyk]

Wyjątkowość tego koncertu ma wiele odsłon. Przyzwyczaiwszy się do widoku muzyków na scenie, wspartych telebimami, które pozytywne muzyczne „dzianie się” ukazywały, widok duetu Toma Rowlandsa oraz Eda Simonsa nie zachwycał. Prawdę powiedziawszy nie miało, co zachwycić, bo nic nie widziałem. Koncert mogli zagrać podpici techniczni, albo dwóch pacjentów, którzy czuli muzycznego bita. Jakoś mi tego brakowało, tego widoku, który muzykę ma z czegoś wyciągnąć, wydobyć. Muzycznej fizyczności, ruchów, które dają mi pewność, że muzyk gra, a dźwięk jest prawdziwy. Starczyłyby dwa rzuty na Panów, którzy majstrują coś przy potencjometrach i już. A tak to nie mogłem się pozbyć wrażenia, że ktoś mnie robi w balona.

Muzycznie to z pewnością nokaut, świetnie brzmiący, wykorzystujący cały potencjał sceny, wizualnie miażdżący, rewelacyjnie zrealizowany. Tak precyzyjnego zgrania muzyki i obrazu nie widzi się często. Pojawiło się wszystko, co znane i lubiane, często mocniej „zagrane” niż oryginał. Miejscami koncert dryfował w stronę groźnych bitów, niebezpiecznie ocierających się o łupankę, ale jakkolwiek by tonie brzmiało, nie ma wątpliwość, że była to łupanka klasy najwyższej. No, ale i tak poszedłem wcześniej…

1 Comment do tego wpisu:

  1. Amy Winehouse | Heineken Open’er Festival 2008 pisze:

    […] Jeśli chodzi o tracklistę, jedynymi zaskoczeniami mogły być cytaty z Amy Winehouse i Punjabi MC…. Source: Heineken Open’er Festival 2008 […]

Zostaw swój komentarz