Dźwięki z krakowskiej OFF Camery

|October 9, 2008|koncerty|2

W ramach pierwszej edycji krakowskiego Festiwalu OFF Camera, w klubie festiwalowym, czwartek 2 Października zagrał Fink a półtorej godziny po nim swój DJ set rozpoczął Bonobo. Też nie mogłem uwierzyć.

Secesyjny budynek dworca Głównego w Krakowie okazał się świetnym miejscem na klub festiwalowy. Wystrój zgrabnie wgryzł się w stylistykę starych wnętrz a ciągle świecące się tablice informacyjne PKP , dodawały klubowi uroku i wyrazistości. Już samo przebywania w klubie można było zaliczyć do atrakcji.

Fink, naprawdę Fin Greenall, jest autorem tekstów, producentem i Dj-em z Brighton. Podobnie jak Bonobo, czyli Simon Green, wydaje pod szyldem słynnej brytyjskiej wytwórni; Ninja Tune. Fink to również nazwa zespołu, z którym muzyk nagrał dwie płyty: „Biscuits For Breakfast” oraz „Distance and Time”.

Obie płyty, co tu dużo mówić, to prawdziwe perełki doskonałe na jesień i nie tylko. Prosty skład: gitara, bas, bęben, generuje nieprzeciętne kawałki, grane z wielkim wyczuciem, celową wstrzemięźliwością i ujmującą melodyjnością. Wszystko to zgrabnie współbrzmi z nastrojowymi tekstami oraz  wokalem artysty.

Planowo koncert miał zacząć się o 22. Obsówka wydawała się pewna, ale półtora godzinny, nawet na dworcu PKP, zaczęło powoli ciążyć. Jak się później okazało, ciążyły również warunki do grania. Dziwiła jakość nagłośnienia, nie tłumaczył jej nawet fakt, że sala w której odbywał się koncert dawała pogłos, a o funkcjach koncertowych architekci raczej nie myśleli. Z innych sal klubu docierały głosy festiwalowiczów, nie zainteresowanych koncertem. Gwar przeszkadzał, a wszystkich nie zainteresowanych koncertem wspomagała Pani z PKP. Co około 20 minut, skrupulatnie i bez pardonu informowała że np. pociąg „Kaszub” właśnie wjechał na peron 5 i należy zachować ostrożność.

Pomysł na muzykę Fin Greenall, ma spójny i konsekwentnie go realizuje. Rzadko ma się przyjemności oglądać muzyków tak głaszczących instrumenty. Cały koncert cechowało niezwykłe wyczucie, delikatność w wydobywaniu dźwięków oraz techniczna wstrzemięźliwość. Każdy dźwięk miał szanse wydobyć się do końca.

Parę numerów Greenall zagrał sam, co w wspomnianych warunkach ciągłej dźwiękowej zawieruchy dookoła oraz Pani z PKP wdupiającej się w najmniej odpowiednich momentach, należy uznać za wyczyn. Trzeba muzycznej szczerości aby tak zagrać, nie otwierając oczu jakby ignorując otoczenie. Fink bez wątpienia ową szczerość ma.

Pół godziny po zakończeniu pierwszego koncertu, swój DJ set rozpoczął brat z Ninja Tune – Simon Green. Arystokracja DJejki. Elegancko ubrany, rozbujał klub serwując z wyczuciem swoje numery. Cześć obcięta z instrumentalnych partii, jak Np. „Transmision 94” z albumu „Days to Come”, reszta niemalże niezmieniona z jeszcze solowych płyt „Dial M for Monkey” , „Animal Magic”. Jeśli ktoś tamtego wieczoru chciał potańczyć do wyjątkowego i melodyjnego bita, wyraźnie zostawiającego w tyle całą klubową rutynę, znalazł się w najlepszym miejscu na ziemi.

Zważywszy, że w kolejnych dniach zagrali m.in. – Nostalgia 77, Giles Petersom, Pati Yang, Soffy O. , można śmiało pogratulować świeżego i odważnego myślenia organizatorom. Z wszystkich tych wydarzeń, można by stworzyć oddzielny festiwal, o wyrażnym muzycznym profilu, który właściwie zorganizowany i marketingowo nadmuchany, mógłby śmiało rywalizować z Open’erem czy OFF Festiwalem. Świetna inicjatywa i brawo za orginalny pomysł oraz dobór artystów. Tylko oby za rok przyjechało więcej ludzi. Jeśli poziom się utrzyma, na liście każdego solidnego festiwalowicza w Polsce, powinien pojawić się Kraków – nareszcie.

2 Comments do tego wpisu:

  1. Julia pisze:

    Kocham Cie …

  2. Эвелина pisze:

    И никто не предупредил, что играет в Кракове… после Цешина в 2007, сейчас я Краков пропустила:/

Zostaw swój komentarz