And the oscar goes to…

|February 22, 2009|film|4

Pomimo tego iż rozdanie oscarów ciężko uznać za wydarzenie z rodziny niezależnych kulturowo,warto przyjrzeć się tegorocznej edycji. Uczynić to można choćby z dwóch powodów. Po pierwsze, czy chcielibyśmy tego czy nie, Oscar jest ciągle najbardziej znaczącym wyróżnieniem w dziedzinie kinematografii oraz tym przykuwającym największą uwagę mediów i konsumentów. Po drugie i co zdecydowanie bardziej warte uwagi, w tym roku lista nominowanych wydaje się być, choć może nie wielce wybitna, to napewno ciekawa, by nie rzec frapująca….

Wśród nominowanych filmów i twórców rysuje sie ciekawy podział na tych ‘robiących pod Oscara’ oraz (przynajmniej do tej pory) ‘robiących wbrew Oscarowi’ Do tej pierwszej grupy z pewnością można zaliczyć Sama Mendesa i jego film Revolutionary Road ( W polskim dialekcie”Droga do szczęścia”. Nawiasem mówiąc, dobrze, że nikt nie wpadł na dosłowne tłumaczenie tytułu filmu Van Sant’a “Milk”). Podobny oscarowy layout posiada film The reader (Lektor) Stephena Daldry’ego. Film, mimo pretendowania do bycia multipleksowym szlagierem zdecydowanie dąży w kierunku przekonującego dokonania. Dramaturgiczna fabuła i brak czarno-białego namaszczenia sytuacji i osobowości, daje wystarczające powody by rozważać ten film za głównego pretendenta do statuetki. Moim zdaniem film znakomity, podobnie jak rola Kate Winslet.

Frost/Nixon, Rona Howarda, odpowiedzialnego wcześniej za “Piękny umysł”, to kolejny spośród skrojonych pod rozmiar Oscara. Do grupy drugiej należą, nie tyle filmy co raczej reżyserzy: David Fincher, Darren Aronofsky, Gus Van Sant i Danny Boyle. Wszyscy jeszcze do niedawna kojarzeni raczej z filmem autorskim czy też niezależnym, oderwanym od mętnego nurtu masowo konsumowanych historii.Tym razem jakby udali się trochę na kompromis, ale mimo wszystko ciągle oferując wartościową dawkę przemyśleń. Szczególnie mowa tutaj o Van Sant’cie oraz Boyle’u. Ten pierwszy, bardzo specyficzny jeśli idzie o temat jak i formę (“Słoń”, “Moje własne Idaho”) pozostał szczególnie taki jeśli idzie o wybór tematu.”Milk” jest filmem pełnym i mimo zapędów do bycia bardzo jednostronnym manifestem, zdecydowanie warty uwagi, nie tylko sezonowej. Sean Penn, (od)twórca tytułowej roli jest moim zdaniem, pierwszym w kolejce po oscara spośród męskich (sic!) pierwszoplanowców. W tym roku w tej kategorii brakuje kreacji na namiarę zeszłorocznej Daniela Day-Lewis’a. Pozostają dobre role ‘odtwórcze’.

Danny Boyle (wcześniej choćby ‘Trainspotting’) jest twórcą “Slumdog Millionaire”, wyróżniającego się diametralnie spośród nominowanych filmów. Rzecz dzieję się w Indiach, a historia głównego bohatera to droga od slumsów do szczęścia. Ciekawie opowiedziana,sprytnie poszatkowana w czasie fabuła nie razi tak jak wiele innych produkcji pompatycznością, choć momentami ociera się o pewną przewidywalność. Dla mnie osobiście brak gwiazdorskiej obsady jest bardzo silną stroną filmu. Dzięki temu sama historia chłopaka brnącego przez kolejne etapy indyjskiej edycji ‘milionerów’,oraz retrospekcja wydarzeń związanych z każdym pytaniem, stają się meritum skupiającym uwagę. Osobiście, nie miabym nic przeciwko nagrodzie dla tego brytyjsko-hinduskiego filmu.

I tu właśnie warto wspomnieć film, który pompatycznością tryska i skupia uwagę nie na dramaturgii przedstawionej, a raczej technice aktorskiej i ucharakteryzowaniu. Mowa oczywiście o nominowanym w 13 kategriach filmie “Dziwny przypadek Benjamina Buttona” w reżyserii Davida Finchera. Reżyser znany z filmów raczej prowokacyjnych, pokusił się zmienić kaliber i efekt od razu widoczny (czy dobry?). Pierwsza w historii nominacja w kategorii reżyser oraz 12 innych dla samego filmu.
Historia młodniejącego z wiekiem Buttona, choć ciekawa i z pewnością wciągająca, wydaje się być jednak (w moim odczuciu) zbyt ogniskowana przez sam fenomen tego achronicznego zjawiska.Z klatki na klatkę, obserwujemy bowiem coraz młodszego Brada Pitta, raz lepiej, raz gorzej ucharakteryzowanego. Oczywiście, ‘szacunek za podjęcie walki’ z czasem i uzyskanie rezultatu jaki możemy obserwować. Dla mnie jednak film ten jest w dużym stopniu z tych z przerostem środków nad treścią, gdzie ta jest nie na tyle mocna by przez środki te się przebić.

Zainteresowani ostatecznym rozwiązaniem kwestii Oscarów 2009, muszą poczekać jeszcze kilkanaście godzin.

4 Comments do tego wpisu:

  1. Klamka pisze:

    Slumdog, slumdog…nie kojarzę…aaa tak było coś takiego. Oglądałem ten obraz raptem 2 tygodnie temu (pomińmy kwestie legalności tego przedpremierowego prywatnego pokazu). I co? No właśnie ledwo to pamiętam – dziś mi przypomniano (8 Oscarów – o tempora, o mores). Niestety nie zgadzam się z ani jedną opinią Jacka Smolickiego na temat tego dziełka. Konwencja ,w którą ubrano ten film (korelacja życiorysu głównego bohatera z teleturniejem w którym bierze udział) jest tak schematyczna że spokojnie Slumdog może robić za tło do robienia czegoś innego – właściwie po pierwszych dwóch pytaniach możemy sobie przewinąć do ostatniego. Wydaje się że jeżeli film ten “momentami ociera się o pewną przewidywalność.” to Jacek otarł się o w czasie projekcji kino. Od strony elewacji…
    Co do aktorstwa – nie mam nic przeciwko debiutantom, nie mam nic przeciwko naturszczykom. Dziewczyna – owszem efektowna, “źli” są optycznie źli, natomiast główny bohater – przepraszam – wypadł jak cipa. Jak przeżył 18 lat w Juhu to powinien być nieco bardziej rzutki – ale być może wybrzydzam. Oczywiście, przyjmuję konwencję baśni (bajki? bajeczki?), bollywoodzkie nawiązania są dla mnie czytelne… ale ten film jest po prostu słaby. Gdyby był naprawdę z Indii to reżyser doczekałby się może talonu na Tata Nano 😉 a nie Oscara… Ściągnąć sobie można, pieniądze za kino wydać na wódkę która pomoże znieść ten pretensjonalny koszmarek do końca… Pozdrawiam.

  2. jacek pisze:

    Witaj Tomku. O kino się nawet nie otarłem. Nie stać mnie na podróż do miasta.
    Żyje w tutejszych slumsach.

    Co do ‘rzutkości’ o której piszesz, to akurat ja ją widzę bardzo wyraźnie w rysiegłównego bohatera. Może twoje rozumienie rzutkości sprowadza się do bycia dobrze ukrwionym byśkiem. Jak dla mnie, odnosi się bardziej do świadomości, wiedzy i umiejętności kombinowania w życiu (często mimo kompletnego analfabetyzmu)
    Tak się składa, że byłem w Indiach, mam bardzo wielu znajomych z tego kraju i w sumie z tego powodu sięgnąłem po obraz Boyla. Z twojego komentarza wynika, ze podszedłeś do filmu wybitnie technicznie, czy też z perspektywy stylisty…
    Ale troche to rozumiem, bo moja notka wyżej z racji koniecznosci napisania cos o reszcie pretendentów, też dotknęła raczej kwestii organizacji narracji niż samej problematyki.

    Ja szukałem czegoś innego w tym filmie. Może coś tam nawet znalazłem, choć nie byo to przez reżysera zamierzone. Choćby konflikt wewnętrzny ‘cipy’.
    To co mnie uderzyło wśród mieszkańców slumsów (Ahmedabad, stan Gujarat) to fakt iż są bardziej ludzcy i bezpośredni niż mieszkańcy nowych zabudowań. Tych drugich właśnie charakteryzuje cwaniactwo i ‘układnictwo’… Taka była moja impresja, choć
    oczywiście nie ma reguły. To też znalazłem w filmie. Co mnie również ciekawi to fakt
    łamania prawa. Pytanie czy łamiąc prawo, nie wiedząc czy je łamiesz, jest równoznaczne z robieniem tego z pełną świadomością. Slumsy mają swoje prawo,
    życie poza inne. To zresztą zagadnienie na inną dyskusję (Przypomnij mi kiedyś w Krakówku przy piwie, chętnie wrócę do tego tematu)

    Zdecydowanie jednak muszę podkreślić, że Slumdog nie jest w moim przekonaniu filmem wybitnym. Chodzi mi tutaj szczególnie o dramaturgie i exodus. Zgodzę się
    z Tobą Tomku, że film mógłby zdecydowanie bardziej wwiercać się w umysł.
    Być może zauważyłem elementy, które nie były intencjonalnie zamierzone.
    Na przykład zestawienie rzekomego oszukiwania w milionerach z oszustwami popełnionymi w przeszłości (czy też byciem świadkiem tychże). W związku z tym
    pytanie o wybory moralne mogłoby być wyraźniej postawione i może rozwiązane
    poprzez celowy brak odpowiedzi na ostatnie pytanie w milionerach… Nie wiem
    głośno myślę.
    Wydaje mi się że wątek miłosny zbytnio zdominował film. Końcówka do odstrzału. Zdecydowanie bardziej interesujące, i w mojej opinii stawiające film w innym świetle, byłoby rozpracowanie kwestii tzw. ‘etycznych’…
    Taka moja opinia.
    Oscar dla filmu, – ok. Mam nadzieję, że Boyle jest świadomy, że naraża się na
    krytykę w związku z komercyjnym sukcesem. WIdzę już ten atak na niego, jako
    hieny żerującej na problemach mieszkańców wychodków świata…
    BTW. Mam pytanie, czy przewinąłeś film po dwóch pierwszych pytaniach do końca?
    Pozdrawiam

  3. Klamka pisze:

    Witam witam, nie przesadzajmy z tymi slumsami Jacek – kino to chyba jednak widziałeś kiedyś hehe (wszystko żarty!) – ważne, że film jest obejrzany.

    Zgodzę się, że być może Slumdog jest ciekawszy jeżeli ma się osobiste wrażenia z miejsc i własne zdanie o problematyce, na której oparty jest scenariusz (czy pierwotnie książka) wyrobione “własnymi oczyma”, ale nie uważam, żeby było to kryterium wg którego możemy oceniać czy film jest dobry czy średni. Może być co najwyżej osobiście dla poszczególnych osób bardziej interesujący. Nie wiem czy jasno się wyrażam, np.: uważam na podstawie doświadczeń i pewnej wiedzy że “Miś” jest świetnym filmem (dla mnie) ale dla kogoś młodszego czy spoza naszego kręgu doświadczeń jest filmem niezrozumiałym czy nawet “chujowym”, a już na pewno nie na Oscara 🙂 A i technicznie można mu wiele zarzucić.
    Piszesz mi: “Z twojego komentarza wynika, ze podszedłeś do filmu wybitnie technicznie, czy też z perspektywy stylisty…”. Dlaczego stylisty? Za to: “Dziewczyna – owszem efektowna, “źli” są optycznie źli, natomiast główny bohater – przepraszam – wypadł jak cipa. ” ???

    Nie oceniam książek po okładkach, ale po dobrych filmach oczekuje dwóch rzeczy: 1) zabrania mnie w podróż, w dobrą podróż – taką na której czuję żal, że muszę dać pauzę iść się załatwić 2) wzbudzenia szczerych emocji – ale żeby wzbudzić emocję muszę w jakiś sposób wejść w to co oglądam, niezależnie czy to jest poważny dokument czy fantasy/bajka typu Batman. Żeby spełnić drugi warunek film nie może mnie zmuszać, do tłumaczenia sobie dlaczego ludzie mówią, że to jest wybitne. Powinien raczej zmusić mnie do zapytania “dlaczego nikt wcześniej tak genialnie tego nie zrobił?” Slumdog nie spełnia u mnie żadnego z tych warunków – toteż w mojej opinii skoncentrowałem się nie tyle na całościowym efekcie, co na składnikach filmowego tworzywa – stąd suche techniczne uwagi.

    Aha – nie przewinąłem po pierwszych pytaniach, konsekwentnie co pytanie cierpiałem i czekałem dając Boyle’owi szansę na zrobienie niespodzianki. No i sobie jeszcze poczekam – do następnego filmu (Daj Bóg!).

    Pozdrawiam 🙂
    Klamka.

  4. Han Strauss pisze:

    na priva Panowie, na priva.

Zostaw swój komentarz