OFF OFF wystartował, Plum na czele

|April 12, 2009|koncerty, patronaty|0

Plum to po angielsku śliwka. W rodzimym języku to onomatopeja oddająca dźwięk wpadania do wody. Za przykład może też posłużyć śliwka. A jak oddać za pomocą słów niespożytą energię i dźwięki poznańskiego tria o takowej nazwie?

Otwarcie Festiwalu OFF OFF to było klasyczne wejście z hukiem. Ewentualnie wejście smoka. Zresztą taki był chyba zamiar organizatorów, żeby przybombić konkretnie już na sam początek. Adekwatnie do czasu. W końcu wielki tydzień był. Publika na to wydarzenie obrodziła tak, że ni to klęska urodzaju, ni nieurodzaju. Trzeba jednak zauwazyć, że jak na miejsce kojarzone, dajmy na to z Vandermark 5 a nie z gitarowym łomotem, to było dobrze. Co do samego koncertu…

Muzycy zespołu Plum są jak Mike Tyson w czasach świetności. Wściekły atak od samego początku z tą różnicą, że Tyson deformował facjaty a poznanianie napastują głównie uszy. Bez ceregieli, bez kalkulacji. Nie ma badania przeciwnika, przy czym nie pozwalają na wyprowadzenie kontry. Tych odniesień do legendy boksu mogłoby być znacznie więcej. Jak choćby to że Tyson nieczęsto przedłużał pojedynki do 12 rund. Plum też woli krócej, ale o niebo skuteczniej. Zresztą muzyka Plum świetnie nadawałaby się jako podkład do pojedynku bokserskiego. Równo i mocno wyprowadzane ciosy przez sekcję rytmiczną akcentują uderzenia. Gitara jest jak balans ciała. Trzeba trzymać mocno gardę, bo można solidnie zarobić…

Choć, co dość zaskakujące odnośnie tria z Poznania – tym razem dawał publiczności chwile wytchnienia pomiędzy kolejnymi kawalkadami dźwięków. Nie zdarza się im to często. Inna sprawa, że taki spokój kojarzy mi się bardziej z brzytwą w aksamicie niż w klasycznym rozumieniu.
Sporo nowego materiału, co jest niejako zwiastunem kolejnego wejścia do studia w niedługim czasie. Nie zabrakło też numerów z poprzednich płyt jak choćby umiłowany ponad wszystko “Goof”, który był chyba najmocniejszym punktem koncertu i klasycznym nokautem. Co istotne – ten koncert pokazał, że w Alchemii sprawdza się nie tylko wyrafinowany jazz ale i takowy gitarowy grom z jasnego nieba. Słowem – orgia hałasu. Można lubić bądź nie. Szacuneczek się jednak należy z urzędu.

Fot. Basia Budniak

Dobrze w było końcu zobaczyć Plum na prawdziwej scenie. Dzięki podwyższeniu widać całą grę Rafała Piekoszewskiego. Nie tylko na gitarze, ale i z publiką. Mierzenie wzrokiem + przebiegły uśmiech półgębkiem. Niby lekceważący stosunek do słuchaczy, który podkręca tylko atmosferę. Gołym okiem widać, że to jeden z niewielu polskich zespołów, który potrafi zrobić sceniczny show. Kto ma sposobność niech się przekona, bo trochę koncertów podczas tej trasy im jeszcze zostało. Między innymi sceniczna konfrontacja z legendarnymi Butthole Surfers we Wrocławiu.

Plum otworzył zarazem krakowski festiwal OFF OFF i słychać, że jest już solidnie rozgrzany przed wrocławskim wyzwaniem. O nich się jednak nie trzeba martwić. Zresztą mamy się teraz na czym skupić, bo przed nami jeszcze cała góra doskonałych koncertów. Występ Plum to był jedynie prolog festiwalu OFF OFF. Nie tak jednak jak w dziecięcym klasyku Tuwima, gdzie lokomotywa powoli się rozpędza. Krakowski festiwal ruszył z piskiem opon, a przy okazji i gitarowych wzmacniaczy…

Zostaw swój komentarz