Subiektywna relacja z Heineken Open’er 2009

|July 8, 2009|koncerty, muzyka|3

Będzie krótko, bo pisać specjalnie nie ma o czym. O ile jeszcze 2-3 lata temu pozycja i prestiż gdyńskiej imprezy były niepodważalne, o tyle tegoroczna edycja potwierdza mnie w przekonaniu, iż festiwal na dobre rozpędza się po równi pochyłej. W dół oczywiście.

Festiwal rośnie w oczach. Cztery dni, siedem scen, droższe karnety i większy tłum.
Szkoda tylko że nie idzie to w parze z jakością – samej obsługi, jak i poziomu artystycznego. To, co rzuca się w oczy już na wstępie, to przede wszystkim, delikatnie rzecz ujmując, przeciętny line-up. Z punktu widzenia organizatora zrozumiałe jest, że trafić ma on w jak najszerszy gust. Jednak w poprzednich latach wychodziło to znacznie lepiej. 

Tegoroczna edycja to wycieczka przede wszystkim w konkretnym celu. Faith No More. Tego nie mogłem sobie odpuścić, choć podejrzewam że spora część publiczności zgromadzonej na ich występie przyjechała głównie (jedynie?) dla nich. I Mike Patton z ekipą nie zawiedli, dając blisko dwugodzinny koncert okraszony podwójnymi bisami. Setlista trafiła w oczekiwania każdego fana FNM, a wykonanie – perfekcyjne! Jak widać wiek nie gra roli, liczą się chęci, głód gry i nieziemski zmysł muzyczny tej już legendarnej formacji.

Dla sporej części festiwalowiczów tegoroczna edycja była także wyprawą na Kings Of Leon. I szczerze przyznam, że był to jeden z najjaśniejszych punktów imprezy. Przebojowy set grupy i energetyczne wykonanie budzi szacunek. Sądząc po reakcji muzyków, zaskoczyła ich ilość fanów w naszym kraju i naprawdę dobry odbiór koncertu. Do grupy występów, które zrobiły na mnie wrażenie zaliczyć muszę także koncerty Jazzanova, White Lies (widziałem pół, ale to zdecydowanie wystarcza) i 100nki. Poprawne, acz ‘bez szału’ były Gossip, Lili Allen i Pendulum. Na pewno poniżej oczekiwań Arctic Monkeys, którym przyszedł zaszczyt ‘testowania głównej sceny’ i związane z tym awarie nagłośnienia.

Z polskich grup na wyróżnienie zasługuje The Black Tapes i robiący ostatnio sporo szumu SuperXiu. Niestety sporą część koncertów, które chciałem usłyszeć spędziłem w kolejkach/nie zmieściłem się w namiocie/zmarnowałem w zatłoczonych wyjątkowo w tym roku środkach komunikacji miejskiej.

Rozczarowania? Moby! Liczyłem na znacznie więcej – usłyszałem monotonny ciąg bezbarwnych kompozycji z błąkającym się po scenie artystą z niesłyszalną gitarą. Słabo wypadły także Madness i The Kooks (czy to zespół na dużą scenę?!). Zarzucić można organizatorom zejście na łatwizne i postawienie na sprawdzone wcześniej gwiazdy pokroju Placebo, Basement Jaxx czy The Prodigy, które (chyba już tylko) w Polsce mają zagorzałe rzesze fanów. Grupy dały koncerty raczej przeciętne (Placebo) lub wręcz słabe (Basement Jaxx), i jeśli miały być headlinerami imprezy, to zdecydowanie z tej roli się nie wywiązały. Podsumowując – jak na festiwal o sporych ambicjach było mało atrakcyjnie. Brakowało mi artystów, którzy oferują powiew świeżości i obecnie coś znaczą (Fleet Foxes, Deerhunter, Bon Iver, Gang Gang Dance, Dungen) Ale to jest moje zdanie oczywiście.

Publiczność. Ponownie nie możemy się czym poszczycić. Masa przypadkowych ludzi mających na celu jedynie kompletne spicie się, potrafi skutecznie zepsuć odbiór koncertów. I choć całe szczęście pozostają oni w mniejszości, rzucają się najbardziej w oko/ucho (coś jak ultrasi na stadionach). A tak poza tym standard: nieustanne rozmowy podczas koncertów,  bezcelowe błąkanie się, siadanie i leżenie gdzie popadnie. Dodajmy do tego naszą polską specjaność rytmiczne klaskanie wyćwiczone do perfekcji na koncertach Lady Punk i Perfectu.

Rozdęty do granic możliwości festiwal nie jest już w stanie zapewnić widzowi komfortu. Czterodniowa impreza obsługiwana jest ciągle przez mniej więcej tę samą liczbę punktów gastronomicznych. A jak wiadomo, zdecydowana większość publiczności nie jest androidami i musi co jakiś czas posilić się, co w obecnych realiach oznacza około godzinną lukę w oglądaniu koncertów. Potężne kolejki po kupony festiwalowe i największy niewypał imprezy – karty płatnicze, paraliżowały skutecznie sprawny odbiór festiwalu.  O znów za małej liczbie toalet już nie wspomnę. O ile są to rzeczy normalne na dużych imprezach, przy poprzednich edycjach Open’er było znacznie lepiej.

Co roku sobie obiecuję, że już ostatni raz targam się rozgrzanymi pociągami przez całą  Polskę, i co roku powracam do Gdyni. Jednak z roku na rok przyciąga mnie tam coraz mniejsza liczba artystów. W tym był to już sam Mike Patton z grupą. Warto więc może rozłożyć sobie siły i finanse na kilka mniejszych, bogatszych artystycznie imprez, których w naszym kraju namnożyło się w ostatnich latach?

3 Comments do tego wpisu:

  1. Mike Paton pisze:

    Chyba ma Pan rację, Panie Michale…

  2. zeszłoroczny pisze:

    takie były moje obserwacje sprzed roku i nie żałuję że nie pojechałem. starzeję się. to że na szczęście robi się wiele ciekawszych imprez w polelandzie to święte słowa.

  3. Koncertowe podsumowanie roku 2009 | tapczan.info pisze:

    […] No More (04.07.2009 – Open’Er Festival, Gdynia) To było jakoś tak – pięciu panów w garniturach weszło na scenę z jasnym przekazem […]

Zostaw swój komentarz