Big Black - Songs About Fucking

Michał Wojtas|wrzesień 16, 2009|płyty|2

Big Black - Songs About FuckingPierwszą niezaprzeczalną zaletą tej płyty jest jej okładka. Jeśli chodzi o zawartość, jest nierówna, ale w dużej części spełnia obietnicę i deklarację zawartą w tytule. Szczególnie jeśli uzmysłowimy sobie, że ten czasownik jest w angielskim wieloznaczny - jak zresztą w innych językach.

To najbardziej chyba znana ze wszystkich produkcji Big Black, wydana w 1987 już z myślą o zakończeniu działalności. Moim zdaniem “The Hammer Party” jest znacznie lepsza, przede wszystkim dzięki swojej intensywności. Na “Songs About Fucking” akcenty w postaci udanych utworów są bardziej rozrzucone po całej liczącej ich 14 i nieco ponad 30 minut płycie. Stylistyka pozostała jednak taka, z jakiej znali ten zespół fani już znacznie wcześniej - syntetycznie brzmiący automat perkusyjny, dudniący bas i dwie drapiące szkło gitary.

Poza tym jeszcze jeden ważny element: teksty, których część nadal nie została rozszyfrowana, ze względu na niezbyt wyraźne wyśpiewywanie i słabą jakość nagrania. Dzięki obsesjom wokalisty, mamy do czynienia w nich z opisami nienawiści do samego siebie, innych ludzi, gwałcenia, mordowania, topienia zwłok w stawie, wysadzania w powietrze samochodów, spadających z nieba ludzkich szczątków, chorób psychicznych, narkotycznych halucynacji i wreszcie ordynarnego pieprzenia. Jak zwykle w przypadku tekstów wymyślanych przez Steve’a Albiniego, odbiorca może sobie wymyślać znaczenia do słów, które czasem sprawiają wrażenie dobieranych losowo.

Najciekawszy kawałek to chyba “L-Dopa”, której temat wokalista Big Black sam chętnie ogłaszał na koncertach: epidemia “sleeping sickness” czyli encephalitis lethargica, która w latach 20. zaatakowała z wielką siłą w USA, choroby, której przyczyna nie jest jasna do dziś. Bezpośrednie znaczenie tekstu nie przekazuje tego jasno, ale na jego podstawie można sobie wymyślić sytuację. Pod względem muzycznym najbardziej udane są moim zdaniem “Prescious Thing” i “Bad Penny”, który jest kolejnym utworem bezpośrednio pasującym tematycznie do tytułu płyty.

Oczywiście jest jeszcze “The Model”, który co bardziej ordodoksyjni fani mogą uznać za bluźnierstwo pod adresem epokowego arcydzieła Kraftwerku, a ja - raczej za inteligentnie dobrany i dobrze zagrany cover. Najlepiej posłuchać na przemian jednego i drugiego. Ja mam wtedy wrażenie, że różnice są niewielkie, mimo relaksującej atmosfery elektronicznych dźwięków w oryginale i mechanicznych brzęków gitarowych strun w coverze. Mimo że wycie Albiniego pod adresem nieznanej modelki pozującej do reklam ocieka sadyzmem i chorobliwym pożądaniem… Drugi cover na płycie to “He’s a Whore” Cheap Trick, zespołu z rodzinnego dla lidera Big Black Illinois.

To, co uderza w tekstach tego zespołu, to poza brutalnością i dosłownością w ujęciu tematów, także mieszanie historii z różnych źródeł, z reguły poznanych dzięki prasie lub z widzenia i słyszenia. Stąd biorą się teksty o szalonym mordercy, halucynogennych właściwościach sporyszu,  kolumbijskim krawacie, wariacie hodującym armię dzikich kotów - często opowiadane w pierwszej osobie. Do tego można jeszcze dodać manierę opowiadania o wydarzeniach półsłówkami (jak np. w “Trouser Minnow” Rapemana czy “Rush Job” Shellaca), skłonność do absurdyzacji (świetne “The Power of Independing Trucking”) i mamy znaki rozpoznawcze tekstopisarstwa Albiniego.

Komentarze: 2 do tego wpisu:

  1. klancyk? pisze:

    Jak dla mnie, ta płyta to miazga od początku do końca. Lubię ją chyba nawet bardziej niż Terraform. Genialny The Model, L Dopa itd. No i to brzmienie - jakby ci ktoś wiercił w uchu.

  2. klancyk? pisze:

    Miało być Atomizer, nie Terraform.

Zostaw swój komentarz

Google Analytics integration offered by Wordpress Google Analytics Plugin