Martina Topley Bird – The Blue God

|October 18, 2009|płyty|1

Martina Topley-Bird - The Blue GodTym albumem nikt pewnie nie bombardował widzów MTV i VIVy. Pewnie też nikt nie szykował dla niego fanfar w największych dziennikach i tygodnikach. Niemal sto procent wzmianek było wygenerowane poprzednią współpracą z Trickym. Na szczęście ta płyta ma już bardzo niewiele wspólnego z “triphopową” przeszłością tej wokalistki i tworzy dla niej własny tor w wyścigu o uwagę mediów i słuchaczy.

Martina Topley Bird ma na “Blue God” kilka bardzo dużych zalet. Tą, która wpada od razu w ucho, jest głos – anielski, zachrypnięty od palenia, wytrenowany latami śpiewania. Przede wszystkim charakterystyczny i jedyny w swoim rodzaju. Druga bardzo mocna strone tej płyty to kompozycje i aranżacje, które właśnie pozwalają się oderwać Angielce od dziedzictwa mrocznych, półrapowanych partii na “Maxinquaye” czy od “Quixotic”. Tutaj są to pulsujące rytmem piosenki, które na szczęście nie przekraczają jednak granicy telewizyjnego popu. Słychać wpływy soulu, lounge’u i pewnie dziesiątek innych źródeł, o ktorych nie mam nawet pojęcia. Nie ma jednak mowy o kopiowaniu.

Atmosferę płyty tworzą, poza głosem wokalistki i kompozycjami, świetnie dobrane brzmienia: perkusji, gitary, Hammonda, pianina, basu, wiolonczeli, sample. To dzieło Danger Mouse, odpowiedzialnego za brzmienie płyt:  Becka, Rapture, Gorillaz, Gnarls Barkley. Pod względem producenckim, pomysłu na aranżacje i w ogóle na muzyczny wizerunek takiej artystki jak Topley Bird, to dzieło bardzo wysokich lotów. Jeśli chodzi o teksty – zostają na drugim planie. Są dość konwencjonalne (miłostki, zabawa), pisane z dużym dystansem, ale dokładające się też do klimatu całego albumu jako wyluzowanego, intensywnego, rytmicznego, ale też nieco sennego. Można sobie wybijać rytm stopą czy dłonią, kiwać głową, można nawet wstać i tańczyć, szczególnie przy “Carnies” – kawałku z pierwszego singla.

Co prawda teledysk promujący go nie wyszedł za bardzo i jest dość pretensjonalny, ale sama piosenka jest świetna. Czasem można wątpić, że da się zbudować taką przebojową kompozycję wokół prostej, zapętlonej linii basu, klaskania dłoni, leciutkiej perkusji, organowego motywu. Ten kawałek dowodzi, że pomysł i prawidłowa realizacja mogą wszystko. Drugim, który mogę polecić na początek jest “Snowman” – w którym na pierwszym planie jest nie bas, a gitara i hi-hatowe szesnastki. Jeśli chodzi o “hitowy” potencjał, ta piosenka ustępuje “Carnies”, ale ogólne wrażenia utrzymuje na takim samym poziomie. Szczególnie głos Topley-Bird, wzbogacony o echo i tło niższe o oktawę, ma tu bardzo dużo wdzięku.

Z pozostałych kompozycji wyróżnia się na pewno “Baby Blue”, do którego świetnie pasowałoby angielskie określenie “bittersweet”.  Reszta jest już trochę słabsza i nie trafia tak mocno do świadomości. Płyta ogólnie jest bardzo spójna – dzięki wokalowi i umiejętnej produkcji. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka ten opis nie zachęca, warto posłuchać za darmo całej płyty lub nawet ją ściągnąć:

http://www.last.fm/music/Martina+Topley-Bird/The+Blue+God/

http://independiente.greedbag.com/buy/the-blue-god-0/

“Carnies”

“Baby Blue” akustycznie w Glastonbury

1 Comment do tego wpisu:

  1. Iza pisze:

    hmmm całym organizmem pragnę wyjaśnienia czy ona rzeczywiście ma głos zachrypnięty od palenia i jak już to od palenia jakiej substancji/ewentualnie z kim…

Zostaw swój komentarz