Granice zostawmy celnikom, czyli nowy Jarmusch w kinach

|February 3, 2010|film|8

Kiedy Jim Jarmusch wyreżyserował „Broken Flowers” miałem wrażenie, że całkiem nieźle mu idzie w kompozycjach kwiatowych, autentycznie czułem w tym smak i zdrowy ukłon w stronę kina dla widza. Teraz kiedy reżyser bada granice opowieści przy pomocy „The Limits of Control”, czuję że skupił się ponownie na swoim własnym języku wypowiedzi i… kinie.

Najnowszy film autora „Permanent Vacation” jest z jednej strony bardzo odklejony od rzeczywistości – trudno nawet szukać jakiejkolwiek skali tego odklejenia. Z drugiej strony płynie się przez niego jak przez codzienność, od jednego zdarzenia do drugiego, bez fabularnej kondensacji, za to z dziwnie bujającym rytmem – zwrotka, refren, zwrotka, refren, solówka, refren. Oczywiście zdarzają się sceny z pogranicza obserwacji obyczajowej, bardzo trafne zresztą, ale kluczem do tego filmu jest wyobraźnia, a właściwie kompozycja, wyjątkowo konsekwentna kompozycja.

Dawno nie widziałem filmu zakomponowanego z taką determinacją. Każde ujęcie, każdy kadr, i każda jazda kamery były tu przemyślane i potraktowane jak własne dziecko – z uwagą i czułością. Christopher Doyle, autor zdjęć, jest tu chyba największą gwiazdą, mimo że na ekranie znajdziemy Bernala, Swinton i Murraya. Nie żeby aktorom coś nie szło. Tylko właściwie poza strachem granego przez Murraya szychy, czy spokojem głównego bohatera – granego przez Isaacha De Bankolé – emocje i typowa gra aktorska jest tu drugoplanowa, raczej chodzi o uobecnienie, ciężko zresztą wyrokować, raczej Jarmuscha trzeba by spytać o to do czego tym razem posłużyła mu wyśmienita gra aktorów.

Do tego ta oniryczność dialogów. Jarmusch uwielbia sztukę i zupełnie w tym uwielbieniu się zapamiętał. Można odnieść wrażenie, że swój czas dzieli między lekturę, wizyty w kinie i godziny spędzone na analizowaniu malarstwa i kolejnych albumów z muzyką alternatywną i później próbuje przelać te wrażenia na kliszę, a dbałość o kolor garniturów głównego bohatera oraz ich dopasowanie do scenerii graniczy z przesadą, ale tylko graniczy.

W tym szaleństwie jest metoda. I to metoda chwytliwa, pod warunkiem, że widz podda się obrazom i odpuści sobie szukanie fabularnych wątków. Jarmusch jest autorem osobnym. Było to wiadome od zawsze i to raczej „Ghost Dog” i „Broken Flowers” są wyjątkami od stonowanej i leniwej w przebiegu estetyki. „The Limits of Control” to właściwie powrót do pomysłów z początków kariery amerykańskiego reżysera. Nie było się co spodziewać chwytliwych wątków, czy słodkich pieśni na chwałę amerykańskich ideałów bądź alternatywnych ideałów, czy czego tam jeszcze. To dzięki tej metodzie fragmenty „Stranger Than Paradise” zyskały nobliwą aurę eksponatu nowojorskiego muzeum sztuki współczesnej. Sięganie do granic jest ryzykowne, ale w sztuce tylko ryzyko pozwala osiągnąć to „coś”. Jeśli lubicie język kina, biegnijcie po bilet. Jeśli interesuje was tradycyjna fabuła, zostańcie w domu.

8 Comments do tego wpisu:

  1. klancyk? pisze:

    Fajne gajery de Bankole i soundtrack. Poza tym nic, to najgorszy film Jarmuscha.

  2. dziwka z naprzeciwka pisze:

    Kapitalne zdjęcia, stara, dobra jarmuschowska narracja i brak akcji (w definicji tego słowa stworzonej przez Stevena Seagala) sprawiły, że film powędrował na moją półkę klasyków (nie kryję, że „pomogła” również goła laska w ray banach hehe).

  3. kurczak w cieście pisze:

    nawet nie wiem, czemu komentuje, bo nigdy nic nie komentuję. filmu nie widziałam, a chciałam. potem usłyszałam o tym i o owym od tego i owego i przestało mi się chcieć. a może nie dobrze?
    a ja z tym komentarzem to nie do tego wpisu, tylko tak ogólnie chciałam tak naprawdę. bo sobie poczytałam o “Autorach”. i ładne te opisy. takie niby nie wymuszone i zdystansowane, a jednak przecież przemyślane. ładne, ładne. ale czemu tu są sami panowie? i nawet tapczan jest rodzaju żeńskiego. a mogłaby być kanapa (choć nie tak fajna, jak tapczan, zgadzam się). przepraszam, za te nachalnie genderowe rozmyślania, ale tak mnie naszło.
    pozdrawiam serdeczeni:
    nie-pan i bardziej pewnie kanapa niż tapczan…

  4. Maciek pisze:

    Ładny, ładny, ładny komentarz.

  5. Maciek Kozłowski pisze:

    Nigdy się nie zastanawiałem dlaczego moi koledzy nie są moimi koleżankami;) W każdym bądź razie akceptuję ich takimi jakimi są.
    Pozdrawiam
    Maciek

  6. michal pisze:

    po dłuższym namyśle jedno skojarzenie mi przychodzi do głowy – “el topo” – też gość jedzie nie wiadomo gdzie, nie wiadomo po co, też nawiązania nie wiadomo do czego i go-laska kusząca naszego świętego antoniego.

  7. Wł.Osłonowy pisze:

    Oglądałem film 2 tyg. temu i do dziś pytam siebie – o chuj tam chodzi?
    (Zdjęcia, gajery i madame piękne)

  8. Remus pisze:

    Hehe…

Zostaw swój komentarz