Falsetem i piórem – Jónsi na festiwalu Sacrum Profanum
admin|wrzesień 20, 2010|koncerty|
Jeśli pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze, to o koncercie Jónsiego powinnam napadać deszczem, zatrzepotać skrzydłami i euforycznie przekląć po islandzku. Á helvíti góða tónleika, moi państwo!
Jón Þór Birgisson zafundował publiczności spektakl w najczystszym i niewyświechtanym tego słowa znaczeniu. A zaczęło się spokojnie i skromnie. Na scenę ocynowni elektrolitycznej w Krakowie wszedł chłopiec z gitarą, ubrany w folkowo-indiański mundurek zaśpiewał „Stars In Still Water” przy delikatnym akompaniamencie cymbałków i przeszkadzajek. Ale potem ruszyliśmy z kopyta.
Na scenie pojawiła się reszta zespołu, a ów chłopiec rozpędzał się i opowiadał nam historię za historią. Nikt nie spodziewał się, że po zakupie biletu na koncert Jónsiego, tak naprawdę każdy z nas zostanie usadzony na skrzydłach jakiegoś ptaka i poszybuje wraz z Jónsim tam, skąd pochodzi. Nie trzeba było wielkiego wysiłku, wystarczyło dać się porwać ich muzyce. Stąpałam po soczystozielonych połaciach łąk, kaleczyłam stopy na kamienistych pustyniach, biegałam po wysuszonych lasach, podziwiałam lodowate źródła i wrzące gejzery. I bynajmniej nie był to efekt uprzedniego naspidowania się ani upust grafomanii w tej chwili.
Muzyka Jónsiego jest energetyczna i ujmująca, tak bardzo inna od tego, co rodzi się na starym kontynencie, ale niewyobrażalnie szczera i głęboko naznaczona specyfiką Islandii. Sute porcje magicznych dźwięków chłonęło się wszystkimi zmysłami. Oprawa koncertu była skończenie perfekcyjna. Przepiękne wizualizacje na tle pordzewiałych brył, rzędów brudnych szyb pnących się aż pod sufit, szkieletów okien - oto sposób jak w postindustrialne zgliszcza tchnąć życie. A witalizm aż tryskał.
Kapała woda, fruwały kolibry, biegały watahy wilków, a wszystkim im przewodził wódz Jónsi w kolorowym pióropuszu, skacząc po scenie i odprawiając muzyczne czary nad publicznością. Kiedy tuż przed koncertem opisano to, co ma się wydarzyć jako „magię i szał”, podśmiewałam się w duchu z tego nieco kontrastowego zestawienia. Gdy po spektaklu dotarło do mnie, czego byłam świadkiem, zabrakło słów, by to oddać. Tak, to była magia, to był szał.
Ola Świdergoł
















wrzesień 21st, 2010 at 2:47 po południu
playing by heart
wrzesień 21st, 2010 at 8:10 po południu
jak by nie nagrał takiej słabej płyty to i ja bym się pewnie nie zniechęcił i nawet poszedł i teraz bym nie musiał żałować :/