ATP w Camber Sands by Shellac

Michał Wojtas|grudzień 5, 2012|koncerty|0

ATP Nightmare Before Christmas

Trudno powiedzieć o imprezie, na której pojawia się 35 wykonawców i 3 tysiące ludzi, że jest zupełnym przeciwieństwem wielkich letnich festiwali. Ale różnice są duże i bardzo pozytywne. Docenia to wielu ludzi, czego dowodem jest to, że tegoroczna zimowa edycja All Tomorrow’s Parties w UK odbyła się 10 lat po pierwszej, wracając do Camber Sands na południowo-wschodnim wybrzeżu.

Najważniejszą różnicą jest chyba to, że gości dobiera wybrany na kuratora zespół, W tym roku był to Shellac i choć nie ograniczał się tylko do amerykańskich kapel noise’owych bliskich sobie rocznikowo, wyraźnie było słychać, że nie jest to impreza skierowana przede wszystkim do nastolatków. Potwierdzić to mogą choćby próbki udostępnione w opisach zespołów na oficjalnej stronie festiwalu. Poza tym ATP wyróżnia się ograniczoną liczbą miejsc i tym, że choć od razu trzeba zapłacić także za mieszkanie w pozbawionych wygód barakach, zyskuje się nocleg o kilka kroków od dwóch scen, wraz z lodówką i kuchenką, na której można samemu można gotować.

Od piątku do niedzieli na dwóch scenach ośrodka wypoczynkowego Pointins w Camber najliczniej były reprezentowane oczywiście Stany Zjednoczone, ale sporo było także zespołów z Włoch, Japonii i UK. Wśród amerykańskich Shellac najwięcej zaprosił muzyków ze swojej bazy w Chicago, IL. Co ciekawe, co najmniej pięć zespołów używało gitar/basów Travis Bean z aluminiowymi podstrunnicami, popularyzowanych przez kuratorów imprezy.

Koncerty zaczynały się o 15 a kończyły o 1 lub 2 w nocy w dwóch dużych salach centralnego budynku ośrodka. Nie było problemu znanego z większych festiwali, z nakładaniem się koncertów na odległych od siebie scenach. Wystarczyło pokonać schody. Na miejscu oferowano też napoje alkoholowe i brytyjski fast food.

Festiwal rozpoczął się i zakończył koncertami Shellaka. Ten zespół wzbudził entuzjazm przede wszystkim tych, którzy widzieli go po raz pierwszy. Ja widziałem tylko drugi z nich i muszę przyznać, że przebiegał według stałego scenariusza tego zespołu, ze wszystkimi trickami typu zadawanie pytań, udawanie samolotów i demontaż perkusji podczas ostatniego numeru. Jedynymi wyjątkami były: odczytanie statystyk dotyczących festiwalu przez Boba Westona i długa przemowa dziękczynna Todda Trainera (który zwykle nie mówi nawet słowa, skupiając się na bębnach i talerzach).

Jak już pisałem powyżej, Shellac przy rozsyłaniu zaproszeń nie kierował się gatunkiem granej muzyki. Dlatego z jednej strony zagrały zespoły grające metal, z drugiej - skrzyżowania elektroniki z muzyką opartą na żywych instrumentach. Część w zmasowany sposób atakowała ścianą dźwięku, inne - stawiały na minimalizm. Pewnie każdy z widzów miał swoje zdanie na temat mocnych i słabych punktów programu, ale ja przedstawię swoje, subiektywne i oparte tylko na tym, co sam widziałem, zdanie.

Świetnie wypadł przedstawicie metalu/stoner rocka Red Fang. Ich koncert od początku do końca skupiał uwagę widowni i dostarczał soczystego “mięcha”. I było przy tym słychać, że choć pod tą marką muzycy z Portland grają od 2009, mają znacznie większe doświadczenie w komponowaniu i na scenie.

Red Fang - “Wires”

Duże wrażenie zrobił też na mnie koncert Zeni Geva (w dwuosobowym składzie). Co prawda rodzaj muzyki jeszcze bardziej hermetyczny niż Shellac czy Red Fang, ale i tak pewnie na festiwal sporo ludzi przyjechało właśnie żeby zobaczyć KK Nulla i Tatsuyę Yoshidę znanego z Ruins i usłyszeć ich kombinację wrzasku i matematycznych kompozycji. Gitarzysta na początek zaserwował kilkanaście minut elektroniki - swojego solowego projektu, a potem już widownia była świadkami momentami wirtuozerii, szczególnie w wykonaniu perkusisty.

Na wyróżnienia zasłużyli też The Ex (których można było zobaczyć wcześniej przez 3 noce z rzędu w Londynie, świętujących na koncertach 33 i 1/3-lecie działalności). Na deskach w Camber dali wyjątkowo krótki jak na siebie pokaz energii, grając razem z kwartetem dęciaków, który nie zdominował - ale dodał coś do muzyki Holendrów. Wielkie brawa zebrała Uzeda, przedstawiciel bardzo silnego włoskiego kontyngentu. Świetnie, jak na debiut przed tak dużą publicznością wypadło trio Bear Claw z Chicago, dowód na to, że dwa basy i perkusja mogą zrobić “słuchalną” muzykę. Dobry koncert dał jeszcze Dead Rider, muzycznie jak najbardziej odległy od Shellaca i uwielbiający głupie żarty, na co może dać pogląd ten rewelacyjny teledysk:

Dead Rider - “Touchy”

O tym, kto zawiódł, nieco krócej: Nina Nastasia miała dobry dzień na opowiadanie anegdot, ale jej udziwnione wersje starszych piosenek brzmiały fatalnie. Słabo wypadła też Kim Deal, grająca różna mniej i bardziej znane piosenki - sama z gitarą akustyczną. Wire było nudne i ciężkostrawne, a Scrawl - po prostu bardzo słaby. Tym, którzy uwielbiają Neurosis, koncert tego zespołu pewnie przypadł do gustu, ale dla mnie był zbyt jednostajny.

Na podsumowanie festiwalu organizatorzy mają jeszcze trochę czasu, ale na pewno mogą być zadowoleni z tego, że parkingi i domki były pełne, bilety się sprzedały a piwo z kegów zostało wypite jeszcze drugiego dnia. Nawet jeśli na dzień przed festiwalem nie można było znaleźć o nim wzmianki w najważniejszych londyńskich dziennikach, impreza przyciągnęła odpowiednich ludzi i zapisze się w ich pamięci. Poza dobrą muzyką, zapamiętają smaczki typu piękne zimowe wybrzeże z lokalsami jeżdżącymi po piasku konno, salę z automatami do gry, którą ochoczo okupowały duże dzieci, czy “budda bowls” serwowane do późnej nocy przez nawiedzonych kucharzy przed głównym wejściem.

Zostaw swój komentarz

Google Analytics integration offered by Wordpress Google Analytics Plugin