PJ Harvey - Let England Shake

Michał Wojtas|lipiec 11, 2011|płyty|0

PJ Harvey - Let England Shake

Jeśli Anglia kojarzy Ci się tylko z wielkimi miastami pełnymi wiecznie spieszących się ludzi, Polly pokaże Ci inny obraz tego kraju, nie tylko teraźniejszości, ale też pełnej tragicznych bohaterów przeszłości. W warstwie muzycznej jedenasta płyta Angielki z krwi i kości jest spokojna i pozbawiona niepotrzebnych ozdobników, w tekstowej - intensywna, wypełniona strasznymi obrazami wojny i melancholijną refleksją nad rodzinnym krajem. Razem tworzą jeden z najciekawszych gitarowych albumów tego roku.

To prawda, płyta jest niemal monotematyczna. W każdej z tuzina piosenek można usłyszeć o brytyjskich żołnierzach padających pod Waterloo, nad Marną lub na Gallipoli lub (i) trudnej miłości do ojczyzny, która zdaje się nie kochać swoich dzieci. Słuchając tekstów PJ Harvey można odnieść wrażenie, że są one produktem nie z początku XXI, lecz XX wieku, kiedy nacjonalizmy w każdym z europejskich państw popychały je ku rzezi na niespotykaną wcześniej skalę. Właśnie takie, pełne patosu i momentami naiwne są słowa piosenek, które z powodzeniem mogą być tłem do składania wieńców na cmentarzach wojskowych w Poppy Day.

Autorka w wywiadach otwarcie przyznaje, że ten temat czekał na swoją kolej w jej twórczości od wielu lat. Efektem przeczytanych książek historycznych, artykułów w prasie, informacji odszukanych w Internecie, było ponad dwadzieścia tekstów, z których dwanaście ostatecznie znalazło się na płycie. Na pewno niewielu artystów dziś może sobie pozwolić w dzisiejszych czasach na tak skoncentrowane na tożsamości narodowej dzieła. W Polsce w latach 80. i 90. często robił to na przykład Kazik, w Wielkiej Brytanii do historii imperialnej nawiązywał Joe Strummer, ale nawet ich teksty nie były tak oderwane od teraźniejszości.

Instrumentarium jest średnio rozbudowane. Na pierwszym planie są gitary: akustyczne, elektryczne - ale bez nawet lekkiego przesteru, z wyjątkiem “In the Dark Places”. W tle słychać bas i perkusję, przede wszystkim blachy. Klimat uzupełniają autoharp (czy ten instrument ma polską nazwę?), pianino, saksofony, trąbka. PJ śpiewa bardzo wysoko i dziewczęco - oczywiście celowo dopasowując się do aranżacji. Wspomagają ją, już nie pierwszy raz, John Parish i Mick Harvey, także wokalnie.

Kompozycje nie są skomplikowane, co dobrze słychać w najlepszej piosence na płycie, “The Last Living Rose”, opartej na czterech akordach, ze zwrotkami, refrenem, mostkiem, zakończeniem. W kilku piosenkach konstrukcja jest nawet dość nieokreślona, rozciągnięta. Najdłuższa ma pięć i pół minuty, ale przeważają nie dłuższe niż trzy i pół. W ucho wpadają jeszcze bardzo: pełna ekspresji “Bitter Branches”, melancholijna piosenka o wojnie na miarę “Sag mir wo die Blumen sind” i “Words that Maketh Murder” ze znacznie bardziej dosłownymi obrazami wojny, jakby z opisów pisarzy, którzy spędzili miesiące w okopach.

“Let England Shake” to dzieło artystki świadomej tego, co i jak chce osiągnąć. Nie wszystkie piosenki są na tak samo wysokim poziomie, momentami może razić płaczliwy śpiew, ale album jako całość robi wielkie wrażenie - dzięki ładunkowi emocjonalnemu i poruszaniu zapomnianych już tematów. Ciekawe, czego można się jeszcze spodziewać po PJ Harvey.

Na kanale http://www.youtube.com/user/letenglandshake można obejrzeć 12 krótkich filmów, ktore do każdego z utworów na tej płycie nakręcił Seamus Murphy.

Zostaw swój komentarz

Google Analytics integration offered by Wordpress Google Analytics Plugin