Yakuza – Transmutations

|October 2, 2009|płyty|0

Yakuza - TransmutationsTen album można polecić każdemu, kto stracił wiarę w możliwości rozwoju wszelkich podgatunków muzycznych związanych z metalem. I wcale nie dlatego, by udowadniać coś na siłę i pokazywać dogmatyczną “sztukę dla sztuki”. To wyjątkowe dzieło wysokiej klasy, które po kilku przesłuchaniach znajduje swoje miejsce w głowie, którego można słuchać z bardzo dużą przyjemnością.

Najpierw krótka formalność. Yakuza to zespół z Chicago, który w tym roku obchodzi dziesięciolecie istnienia i wydał w tym czasie cztery albumy. Jego członkowie to sprawni technicznie muzycy, którzy dobrze czują się w bardzo różnych stylach muzycznych. To, a także ich zainteresowani bardzo szeroko rozumianym metalem określa pole do działania, często muzycznych transmutacji (chyba w polskim jest takie słowo na określenie hipotetycznej przemiany innego metalu w złoto). Od założenia zespołu zmieniła się połowa jego składu, styl muzyczny ewoluował, ale w dalszym ciągu synkretyzm jest ich znakiem rozpoznawczym. Obecnie skład to: Bruce Lamont (saksofon, klarnet, wokal), Matt McClelland (gitara, wokal), Jim Staffel (perkusja, bębny, klawisze), Ivan Exael Cruz (bas). Nagrywają dla Prosthetic Records.

“Transmutations” rozpoczyna się powoli i dostojnie – najpierw sludge-metalowym dudnieniem, potem death-metalowym growlem, a następnie śpiewnym wokalem który można porównać chyba tylko do Eddiego Veddera lub Layne’a Staleya. Tu kończy się intro i zaczyna się grindcore – ale jeśli myślicie że dalej będzie już z górki, mylicie się. Kawałek “Meat Curtains” (tytuł jakby z Cannibal Corpse, prawda?) rozwija się dalej w oparciu o zasygnalizowane wcześniej motywy. Ja mogę tu wskazać podobieństwa do połamanej struktury dzieł The Dillinger Escape Plan, a ktoś mocniej zgłębiający te rejony muzyczne mógłby jeszcze dopisać przynajmniej pół tuzina innych inspiracji. Tak mija pierwsze siedem minut tego albumu.

Później jest spokojniej. W drugim na płycie “Egocide” atmosferę nadaje saksofon, dość leniwy hi-hat i werbel. W tle słychać bas i gitarę, a czysty wokal mógłby śpiewać jeden z wielkich hitów Toola. Po takiej spokojnej pierwszej części zaczyna się druga, agresywniejsza, w której na scenę wchodzi podwójna stopa, a tempo staje się bardzo nerwowe. Trzeci utwór “Congestive Art-Failure” to właściwie ballada, w której w odpowiednim momencie pojawia się growl – schemat znany dobrze wszystkim fanom Opeth. Refren jest znakomity, podręcznikowy ale jednocześnie jedyny w swoim rodzaju, a jego przewodni riff mocno wpada w ucho.

Kolejne dwa kawałki to niemal zupełne przeciwieństwa, między którymi porusza się Yakuza na tej płycie. czwarty jest grindcore’owy niemal od początku do końca, pełen zmian tempa. Piąty ma w sobie wiele ze stylistyki ISIS – czyli obrazów budowanych z płynących spokojnie dźwięków. Dla kontrastu w tle słychać też momentami marszowy werbel. Po niemal siedmiu minutach uspokojenia następuje kolejne mocne uderzenie w postaci zaledwie dwuminutowego “Steal the Fire”, kolejnego z gitarami i perkusją jakby z podręczników norweskiego black metalu.

Numer siedem jest chyba najsłabszy na płycie – to raczej sześciominutowy ambientowy przerywnik niż kompozycja. Za to kolejne trzy trzymają bardzo wysoki poziom. Znów mamy w nich dwa style wokalne, zmiany tempa i szybkie partie gitarowe na przemian z momentami oddechu. Poza tym jest też świetne bębnienie – szczególnie w “Existence Into Oblivion”. Z kolei “Perception Management” wyróżnia się najlepszymi chyba na całej płycie partiami wokalnymi. W sumie kawałki 8, 9 i 10 tworzą najmocniejsze momenty całego albumu. Ostatni z nich to “Black Market Liver”, do którego zespół dostał fundusze na teledysk – który chyba premiery telewizyjnej nigdy się nie doczeka – ale możecie go zobaczyć poniżej, wraz z dwoma innymi kawałkami z “Transmutations”.

Ta płyta to wynik bardzo intensywnego, ale też umiejętnego, mieszania różnych konwencji i stylów. Efektem jest coś nowego i wyjątkowego, przynajmniej dla mnie. Gdybym przyznawał gwiazdki (a nie zrobię tego nigdy, przynajmniej nie tu) ta płyta dostała by 9 na 10. Mam nadzieję, że nadarzy się okazja, na przykład przy okazji następnej płyty, by zobaczyć Yakuzę (niekoniecznie z tatuażami) na żywo w Europie.

Polecam teledyski i przeróbkę jednego z bardziej psychodelicznych kawałków Pink Floyd na: www.myspace.com/yakuza.

Meat Curtains:

Congestive Art Failure:

Black Market Liver:

Zostaw swój komentarz