Wire, Errors i Mahjongg

|August 10, 2009|koncerty|0

off festival 2009
Pojechałem tylko na ostatni dzień Off Festivalu do Mysłowic, przede wszystkim żeby zobaczyć bardzo stary angielski zespół i posłuchać jak grają swoje hity z najbardziej znanej płyty “Pink Flag”. Zawiodłem się, bo się okazało, że zespół nagrał w międzyczasie (od 1977) kolejne 10 albumów i wolał grać piosenki z tych najnowszych.

A tak na poważnie: rzeczywiście żyłem nadzieją na to, że usłyszę “Mannequina” czy “Dot Dash”, ale to zupełnie zrozumiałe, że muzycy nie chcą żyć przeszłością, tylko tym, nad czym akurat pracują. Wire grało kawałki przede wszystkim z albumu “Object 47”, który opublikowali w zeszłym roku, pierwszy, który nagrywali bez Bruce’a Gilberta. Na scenie Domu Kultury w Mysłowicach na gitarze grała za to Margaret Fielder, która wspomaga też na scenie np. PJ Harvey.

Przed koncertem sam byłem ciekaw, czy pojawi się wielu fanów Wire z dwudziestoletnim stażem i tacy niewątpliwie byli na sali w liczbie powiedzmy… dwudziestu. Resztę stanowili ludzie w większości młodsi niż sam zespół i dobrze się bawili, nawet pogowali (oczywiście nie jak na Jarocinie). Miejsca było o tyle więcej, że Colin Newman i Graham Lewis przekonali ochroniarzy w żółtych koszulkach, że młodzieży należy się przestrzeń bezpośrednio pod sceną. Za to bez wątpienia otrzymali premię do fajności.

Wire grało w sumie przez półtora godziny, wliczając w to dwa bisowe wejścia. W większości koncert był głośny i punkowy – co dla mnie stanowiło wielki kontrast w porównaniu z “Pink Flag”. Niestety nie znam prawie niczego co nagrali poza tą płytą i dlatego byłem nieco zawiedziony. Na osłodę na zakończenie dostałem dwa kawałki z tamtego albumu: “Lowdown” i “12 X U”, o które jakieś dobre dusze na widowni wytrwale prosiły. Mogę tylko żałować, że do czasu koncertu nie wsłuchałem się porządnie w nagrania tego zespołu – miałbym na pewno więcej radości i potrafił bardziej docenić koncert.

Przed pionierami postpunka grały chicagowski Mahjongg i glasgowskie (?) Errors. Jednych i drugich też nie znam z płyt. Zdaje się, że zresztą nie mają zbyt wiele nagranego. Amerykanie dali koncert chyba na miarę ich opisów, które dostawałem wcześniej: bardzo niecodzienne, pokręcone, wymieszane. Instrumentarium zespołu nie zawierało gitary, natomiast bas, sampler, prostą perkusję, laptopa, maszynkę do przetwarzania głosu i stojący osobno kocioł. Ich utwory miały zupełnie swobodne formy, opierały się w większości na rytmie produkowanym czasem przez trzech z czterech muzyków na raz, i puszczaną pod to elektroniczną ścieżką.

Errors korzystali momentami nawet z dwóch gitar i basu na raz. Zaczęli piosenką która brzmiała jakby była pożyczona z którejś z płyt Mogwaia, ale potem przeszli do innego stylu, który mi przypomina Battles albo Holy Fuck. Do tego drugiego zespołu byli zresztą momentami naprawdę bardzo podobni. Zagrali przyzwoicie, ale nie powiem, by wzbudzili mój głęboko śpiący entuzjazm. Możliwe, że dopiero są na pierwszych stopniach swojej drogi twórczej, a kolejne przyniosą dzieła, o którym nie śniło się tysiącom innych indie-zespołów. Możliwe, że kiepski stan psychofizyczny obniżył noty wszystkim wykonawcom tego wieczoru. Jeśli tak, bardzo mi przykro.

Najzabawniejsza w tym wszystkim była “wystawa” Sub Pop, na której można było zobaczyć płyty, koszulki i plakaty zespołów, które nagrywały dla tej wytwórni. Ciekawe, jak wyglądało wewnętrzfirmowe zlecenie zrobienia takiego czegoś, jakie cele zostały postawione. Myślę, że jakoś bardzo pozytywnie nie wpłynęło na wizerunek wśród ludzi, którzy przyjechali na koncerty.

Zostaw swój komentarz