Living Colour i pełna stodoła

|January 29, 2010|koncerty|0

Living Colour

Nie, to nie był koncert Vernona Reida. Na scenę Stodoły weszło we czwartek czterech muzyków, z których każdy mógłby być liderem własnego zespołu, albo nawet kilku. Poza walorami ich niesamowicie eklektycznego repertuaru, umiejętności czysto technicznych, kompozycyjnych i tak dalej, nie sposób pominąć kontaktu z publicznością. Nowojorczycy już po trzech kawałkach mieli widownię “w kieszeni” i nie wypuścili do końca trwającego dwie godziny koncertu.

Living Colour nie potrzebuje supportu. Zresztą byłby duży problem ze znalezieniem odpowiedniego zespołu. Reid, Doug Wimbish, Will Calhoun i Corey Glover poruszają się w przestrzeni ograniczonej heavy metalem, hardcorem, funkiem, artrockiem, hip hopem, country, rave:) i bogowie raczą wiedzieć czym jeszcze. Po trochu wszystkiego można było usłyszeć wczoraj i, co zdumiewające, trudno było doszukać się jakichkolwiek dysonansów. Z tych wszystkich tagów, którymi posługują się ludzie z braku lepszych określeń, czwórka muzyków rodem z CBGB robi swój niepowtarzalny styl.

Siła tej muzyki bez wątpienia wynika z talentu, doświadczenia i pracy każdego z czwórki członków Living Colour. Wimbish na przykład zjadł zęby grając z takimi muzykami jak: Jeff Beck, Madonna, George Clinton, Depeche Mode, Mos Def. Robi wrażenie? To posłuchajcie jak gra Reid, dla którego ograniczenia gatunkowe i techniczne nie istnieją. Gra ciężkie metalowe riffy, potem solówki a’la Santana z prędkością dźwięku, potem bawi się kaczką, czego pewnie uczył się od niego jeszcze Tom Morello.

Co potrafi zrobić ze swoim zestawem Will Calhoun, mogli usłyszeć i zobaczyć wszyscy obecni. Perkusista LC nie tylko wykonywał obowiązki członka sekcji rytmicznej, ale także dostał do dyspozycji niemal 10 minut w trakcie koncertu na własny program artystyczny, w czasie którego grał na bębnach i blachach, także w ciemności, świecącymi w różnych kolorach pałkami, potem także na Wavedrumie Korga. Co do wokalisty, mogę tylko powiedzieć, że budzi respekt skalą swoich umiejętności i znakomitym kontaktem z widownią. Glover jest z natury aktorem i widać to także podczas koncertu. Dlatego właśnie jest obrzucany biustonoszami…

Nowojorski kwartet zaczynał ostro, ale spokojnie, dając publiczności przyzwyczaić się do swojego brzmienia i charakteru wydanej w sierpniu 2009 płyty “The Chair In The Doorway”. Zaczęli właśnie od niej i w czasie całego koncertu zagrali z niej pięć lub sześć utworów, między innymi bardzo intensywny, metalowy, hit “DecaDance”, hipnotyzujący i wyjątkowo żywy “Behind the Sun”, flirtujący z bluesem “Bless Those…”. Z czasem, widownia dostała stare przeboje zespołu, jeszcze z “Vivid” od “Glamour Boys” po “Open Letter…” i “Cult of Personality”. Ten ostatni, najbardziej znany, kawałek LC zagrali już na dokładkę. Wcześniej ludzie w sali dali wyraźny znak zespołowi, że koncertu bez bisów nie zaakceptują. W ogóle przez cały koncert wielokrotnie okazywało się że muzycy mogą liczyć na swoich fanów w kwestii wspomagania wokalisty. Spora część słuchaczy pewnie już nie jeden raz widziała na żywo Living Colour i słuchała ich pierwszych albumów już daaawno temu, czego nie mogę powiedzieć o sobie. Zespół jest ode mnie młodszy tylko o rok.

Poza ogromną charyzmą, czysto muzycznymi umiejętnościami, ludzie na scenie ujęli każdego zaangażowaniem i chęcią na komunikację, w obie strony. Przodował w tym Wimbish, który wygrywał solówki (!) na basie, chodząc między publicznością. Po koncercie zresztą całą czwórkę można było spotkać przy stoisku z pamiątkami, pogadać, poprosić o podpis. Chyba nie było fana Living Colour, który wyszedł niezadowolony. Poza starymi i nowymi hitami, których oczekiwał niemal każdy, zespół zaskoczył swoją luźną wersją “Iron Mana” i upartym uśmiercaniem Elvisa. Dla mnie niezapomnianym wrażeniem była nie tylko sama gra Reida, który sypał solówkami na lewo i prawo, ale także jego taniec z gitarą na scenie.

Co tu dużo mówić: krakowianie, strzeżcie się piątku!

Link:

Galeria z koncertu na WP

Galeria z koncertu na RockMetal.pl

Galeria z koncertu na CGM.pl

Zostaw swój komentarz