NIEZALEŻNI – Trójmiejska alternatywna scena 1980-1989 (odc. 1)

|February 2, 2010|Historie z tapczanu, muzyka|0


W 1980 roku, ja i większość moich kolegów, mieliśmy po kilkanaście lat i w większości, właśnie kończyliśmy podstawówkę.  Osiem lat prania mózgu, przygotowującego do życia w industrialnym społeczeństwie, trzymanym żelazną ręką totalitarnego państwa o dziwnej nazwie – PRL – Polska Rzeczpospolita Ludowa (skoro ‘pospolita’ to również ‘ludowa’ – tylko ‘ludowa’ wykluczało wiele grup społecznych, które do ‘ludu’ się nie zaliczały).

Bez przyszłości
Odurzając i ogłupiając mnie (i całą resztę bezbronnych dzieciaków) totalną masą zbędnych informacji, które musieliśmy przyswajać pamięciowo, bez zrozumienia (i bez dyskusji) próbowano nauczyć nas przede wszystkim: dyscypliny, posłuszeństwa i bezmyślnego wykonywania poleceń, jak również pokory i odporności na (iście fabryczną) monotonię i nudę – czyli podstawowych rzeczy niezbędnych do tego, by stać się sprawnymi, mechanicznymi trybikami w przemysłowym państwie, zbudowanym i kierowanym na kształt ogromnej maszyny (niezależnie od tego, czy pracowało się w fabryce, czy w biurze).  Byliśmy zamknięci w tej wielkiej maszynie oraz poddani ciągłej obserwacji i pełnej kontroli.  Poinformowano nas, że świat zewnętrzny jest podzielony na dwa zwalczające się obozy, których umowną granicą był Mur Berliński.

Nasza maszyna należała do obozu wschodniego (nazywanego również Blokiem, lub bardziej intymnie – Komuną) z centralą w Moskwie i była w permanentnym stanie tzw. Zimnej Wojny (atomowej) z obozem zachodnim, z centralą w Waszyngtonie.  Zagrożenie totalnym unicestwieniem, poprzez naciśniecie (przez którąkolwiek ze stron) magicznego czerwonego guziczka mobilizowało szare, zastraszone, przemysłowe masy obu obozów do jeszcze bardziej wytężonej, niewolniczej pracy i współzawodnictwa o prymat w tym zindustrializowanym i zmilitaryzowanym świecie.  Argumentacja była przewrotnie prosta – im ciężej będziemy pracować, tym więcej będziemy w stanie wyprodukować broni atomowej i zastraszyć naszego wroga, do czasu, kiedy to on osiągnie przewagę (i tak w kółko).

Totalna propaganda wciąż zapewniała nas, że żyjemy w obozie lepszym, prawdziwie wolnym i demokratycznym i zmierzamy ku świetlanej przyszłości powszechnego szczęścia i dobrobytu.  My – kilkunastoletnie dzieciaki – widzieliśmy to zupełnie inaczej…  Zamiast wolności, odczuwaliśmy przygnębiającą klaustrofobię więziennego zamknięcia i totalnej izolacji, bez swobody poruszania się po świecie, a nawet swobodnej wymiany myśli.  Zamiast demokracji, mieliśmy totalitarne rządy wąskiego aparatu władzy (i opresji).  Zamiast dobrobytu, mieliśmy puste sklepy i ciągłą walkę o większość produktów.  Ale najgorsze, najbardziej upokarzające było to, że nic nie mogliśmy zrobić.  Jako Gdynianin, pamiętałem grudzień 1970 roku – czołgi na ulicach i wojsko strzelające do ludzi, którym to wszystko nie pasowało.  Nie mieliśmy złudzeń, że buntowanie się w takim państwie, to śmiertelnie poważna sprawa…

W czasie wakacji, po których miałem iść do ogólniaka, wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej, a potem w innych fabrykach w kraju.  Pojawiła się nadzieja, że coś się zmieni i zaczniemy, jak to określaliśmy, normalnie żyć, czyli jak nam się zdawało – na tzw. demokratycznym Zachodzie.   Po Sierpniu ’80 niewiele się jednak zmieniło: granice pozostały zamknięte, w sklepach było jeszcze mniej, ludzie więcej gadali, niż robili, a na ulicach, już niedługo, znów miały pojawić się czołgi.

Podziemna Załoga

Już pod koniec lat 1970-tych, w szarym, zuniformizowanym i monotonnym krajobrazie polskiego społeczeństwa pojawili się, agresywnie wyglądający punkowcy, ze swoją buntowniczą muzyką, atakującą świat ‘bez przyszłości’.  Jednym z pierwszych był gdański DEADLOCK.  Luter, lider zespołu, perkusista oraz autor większości tekstów, znał dobrze język angielski i korespondował z wieloma kapelami na Zachodzie, dzięki czemu był dobrze poinformowany o tym, co się tam w muzyce punkowej dzieje.  Jego podziemny, muzyczny fanzin Pasażer (od tytułu jednej z piosenek Iggy Pop’a) był wtedy w Polsce jednym z nielicznych, najbardziej miarodajnych źródeł informacji o światowym i krajowym podziemiu muzycznym.  Jako jedyna w Polsce podziemna kapela nagrali materiał dla francuskiej wytwórni Blitzkrieg Records, która w 1981 roku wydała na Zachodzie ich płytę „Ambition” w nakładzie 10.000 egzemplarzy.  Pozytywne recenzje tej płyty pojawiły się w uznanych pismach muzycznych Billboard i New Musical Express.

Luter wkrótce opuścił DEADLOCK i wyjechał do Warszawy, gdzie z Tomkiem Lipińskim założył TILT, potem BIAŁE WULKANY.  W końcu uciekł do Berlina Zachodniego, a potem do Amsterdamu.  Jemu w znacznym stopniu poświęcony był film dokumentalny „The Passenger” o polskim podziemiu muzycznym, zrealizowany na początku lat 80-tych, po zachodniej stronie ‘Berlińskiego Muru’.  W wywiadzie dla Pasażera Mirek, wokalista zespołu, powiedział: „Byliśmy w pewnym sensie pionierami, którzy przecierają nowe szlaki.  DEADLOCK zagrał kiedyś na dachu wieżowca [Falowca] na Zaspie, co później powtórzyło wiele kapel.  Naszą nazwę tłumaczyliśmy, jako martwy punkt, impas.  Bo wszyscy czekali wtedy na coś.  Może na ten Sierpień ’80?  I to dawało się odczuć.

Mówi się, że nie byliśmy kapelą polityczną, ale wtedy wszystko było polityką.”  We wszystkich składach DEADLOCKA, od początku do końca, był gitarzysta – Rudy  Maciek.  Któregoś mroźnego, zimowego poranka, stanął w samej koszuli w przejściu podziemnym na przedłużeniu Monciaka i z zamkniętymi oczami, grając na zwykłej gitarze, śpiewał w kółko idącym do pracy ludziom jeden tekst: „Jest ich kilku, a nas są miliony.  Gdybyśmy tak, pewnego dnia nie poszli do pracy, stanowiłoby to dla nich wielkie zagrożenie… Stanowiłoby to dla nich twardy orzech do zgryzienia…”

Sądzę, że ten tekst, a zwłaszcza jego początek był politycznym credo, które już wkrótce podświadomie zainicjowało i inspirowało specyficzny sposób działania Alternatywnej Sceny w Trójmieście oraz jej aktywną i dynamiczną ekspansję na całą Polskę, jak również poza jej ‘zblokowane’ wschodnie i zachodnie granice.

Pod koniec 1981 roku, obok kolejnej wersji DEADLOCKA działały już takie punkowe kapele, jak PKS i DDT z Gdańska, PANCERNE ROWERY z Gdyni oraz NOCNE SZCZURY z Władysławowa i ZERO ze Słupska.  PKS, istniejący już od 1979 roku, wsławił się występem na toruńskim festiwalu „Od Nowa” w zastępstwie kultowej wtedy grupy ELEKTRYCZNY ORGAZM – reprezentującej, sławną już w świecie, jugosłowiańską nową falę (z takimi kapelami, jak RYBNA ZUPA, LAIBACH itd.).  NOCNE SZCZURY zagrały na pierwszym festiwalu w Jarocinie w 1980 roku.

Zespoły grały gdzie się dało; w mieszkaniach, w piwnicach, garażach, czy jak PKS – w zajezdni autobusowej (stąd nazwa), które z tej okazji zamieniały się w podziemne kluby, do których przychodzili znajomi zespołów (i znajomi znajomych).  W takich próbach-koncertach uczestniczyło od kilku do kilkudziesięciu osób.  Nie było żadnych biletów, nie było bramkarzy, ani baru.  Nie było sceny, a granica pomiędzy zespołami, a publiką nie istniała.  Stanowiliśmy jedność – jedną Załogę, w której ci, co wydawali z siebie krzykliwe dźwięki i ci, co tego wytrwale słuchali, potrzebowali siebie nawzajem.  Wszyscy się mieszali, poznawali, nawiązywali kontakty.  Przez krótkie chwile były to ‘eksterytorialne strefy wolności’.  Ten podziemny okres Trójmiejskiej, niezależnej muzyki trwał aż do końca stanu wojennego.  Z końcem 1983 roku, część kapel postanowiła wyjść z podziemia, co wiązało się z pewnym kompromisem (trzeba było uzyskać oficjalne zgody za zorganizowanie koncertu, ocenzurować teksty itd.) oraz inwigilacją i dużym ryzykiem (parę miesięcy wcześniej, na komisariacie MO pobito na śmierć warszawskiego poetę, Grzegorza Przemyka, który właśnie świętował zdanie matury).

cdn…

Roman Sebastyański
roman@3miasto.info

Zostaw swój komentarz