Big Black - The Hammer Party

Michał Wojtas|styczeń 4, 2009|płyty|1

the-hammer-party

Pierwsze zetknięcie z muzyką Big Black może być dla nie przygotowanych na to sporą traumą. Coś na ten temat mogą już powiedzieć instrumenty, na których grali członkowie tego kluczowego dla rozwoju noise’u trio: Jeff Pezzatti – chainsaw bass, Santiago Durango – rambo guitar, Steve Albini -  knife guitar, rocket guitar, vertical guitar, expensive guitar i inne. Do tego jeszcze stały czwarty członek zespołu – Roland czyli automat perkusyjny, zastępujący hominida grającego na bębnach i talerzach. W rzeczywistości brzmi to jeszcze gorzej, szczególnie dla kogoś, kto rozumie o co chodzi w tekstach Albiniego i ma dosyć plastyczną wyobraźnię.


„The Hammer Party” to kompilacja osiemnastu utworów wydanych wcześniej na epkach. Otwiera go „Steelworker” – kawałek nagrany jeszcze w pojedynkę przez późniejszego wokalistę Rapemana i Shellaka. To coś jakby warsztat ślusarski pracujący w rytm elektro z lat osiemdziesiątych. Podobny klimat towarzyszy wszystkim kompozycjom na tej płycie, z tym że im bliżej końca, tym bardziej nasycone są gitarowym hałasem i dudniącym basem. Oczywiście zmieniają się także tematy poruszane w tekstach -  od opowieści o człowieku pierwotnym pracującym fizycznie w nowoczesnym świecie przez masowy ubój krów („Cables”, najczęściej chyba grany na koncertach mógłby się znaleźć na ścieżce dźwiękowej do „Teksańskiej masakry piłą łańcuchową”) i trucie gołębi strychniną po rasizm i krańcową głupotę mieszkańców USA.

Big Black nie oszczędzali uszu słuchaczy. Ich muzyka wypływa z punka, ale bynajmniej nie chodziło w niej o to, by grać jak najszybciej i jak najgłośniej. Na „Hammer Party” nie ma gitarowych solówek, są za to gitarowe zgrzyty, trzaski, dźwięki przypominające rysowanie gwoździem po szkle. Do tego ciężki, ale bardzo żywy bas, który w wielu utworach stanowi najważniejszy instrument. Rytmy są zróżnicowane – od niespiesznie posuwających się do przodu przez funk aż po typowo punkowe. Wszystko to, wraz z tekstami, jest jedną wielką prowokacją skierowaną wobec tradycyjnie pojmowanej muzyki amerykańskiej. Większość ludzi zrazi się od razu, niektórzy być może posłuchają i pozwolą się wciągnąć w groteskowe historie wymyślone przez Abiniego i zachwyci ich bezkompromisowość i nietypowe poczucie humoru.

Najbardziej (poza „Steelworkerem”) lubię dwa szybkie utwory z końcówki: „The Ugly American” i „Sleep!”. Pierwszy to chyba satyra na stereotyp typowego prowincjonalnego Amerykanina, który żywi się fastfoodem i ogląda telewizję, nie mając świadomości istnienia. Poza tym - być może nawiązanie do filmu George’a Englunda. W tle słychać saksofon – który, jak się okazuje, także może służyć do tworzenia hałasu. Drugi oparty jest na tym samym riffie granym w na dwóch gitarach różnych tonacjach, z efektem i bez oraz potężnym mruczącym basie. Pomysł w sumie bardzo prosty, ale efekt powalający. Do tego tekst pełen przemilczeń, z którego jednak można poskładać sobie w wyobraźni horror.

To zresztą odpowiednie słowo  na określenie klimatu tej płyty. Jakie rzesze twórców noise’a i industrialu – aż strach się zastanawiać.

1 Komentarz do tego wpisu:

  1. Big Black - Songs About Fucking | tapczan.info pisze:

    […] Big Black, wydana w 1987 już z myślą o zakończeniu działalności. Moim zdaniem “The Hammer Party” jest znacznie lepsza, przede wszystkim dzięki swojej intensywności. Na “Songs About […]

Zostaw swój komentarz

Google Analytics integration offered by Wordpress Google Analytics Plugin